09.03.2024, 18:32 ✶
Powoli, niepostrzeżenie, nawiedzało go wyparcie. Przeprosił za to, ale czy naprawdę, szczerze uważał, że powinien to zrobić? To prawda, że zachował się ordynarnie, ale zrzucenie całej winy na niego nie było do końca sprawiedliwe. Nie zapędził się w to dalej, nie miał zamiaru leżeć tu i przepychać się odpowiedzialnością za całe to zajście, ale też... kiedy spojrzał na to mniej krytycznie względem siebie, mógł dostrzec, że palące go uczucie nadal nie wygasło.
Jego ciało tęskniło za silniejszym dotykiem. Za męskimi ramionami oplatającymi go należycie, tak mocno, jak potrzebował tego, aby nie odlecieć głową gdzieś daleko. Drobniutkie, zimne dłonie Laurenta nie były czymś, czego potrzebował - ale były czymś, czego chciał. Kiedy odsunął od niego głowę, bo ten i tak chciał go puścić, kiedy wpatrywał się w niego i w tę cholerną sukienkę - nie wiedział już, co ma robić. Co za różnica, czy to magia, czy coś rzeczywistego, co z tego, jakim poczuciem winy to było obarczone - to wcale nie czyniło tego pożądania ani trochę mniej rzeczywistym. Delikatność gestu, jakim było zanurzenie głowy w jej klatce piersiowej, spokój, jaki go ogarnął - nie trzymał go już za nadgarstki, zmuszając siłą do uległości, ale to wcale nie znaczyło, że przestał być sobą. A on, nawet kiedy niekoniecznie chciał zachowywać się w ordynarny sposób, rzadko dobrze radził sobie z emocjami i kompletnie nie potrafił sprostać momentami odstręczającej potrzebie bliskości. Mógł być teraz postrzegany jako szkło, ale jego umysł wciąż zaciskał się wokół Laurenta jak palce wokół szyi - przestał śpiewać, a wraz z ciszą przerywaną szumem fal uderzających o brzeg, wróciły myśli, wróciło odczuwanie, a wraz z nimi wróciła analiza - spojrzenie Flynna badało zmartwioną twarz, przechadzało się od oczu do ust, na kilka sekund zabłądziło do dłoni trzymających różdżkę. Poczucie zobowiązania wobec ludzi, których kochał, istniało nadal. Niestety istniała też ta chwila. Ten moment, kiedy wlepione w niego, przedziwnie jasne oczy zdawały się przyciągać go bardziej niż resztki zdrowego rozsądku. Wychowały go ścieżki. W świecie, który był mu domem przez ponad piętnaście lat, oprychy zwykły zmieniać swoje twarze, aby uniknąć wykrycia, ale rzadko zmieniali swoje różdżki, bo to wymagało dużo zachodu - dlatego nauczył się zwracać na nie uwagę.
Go. Bo to był on. Czy jednak ona? Jak powinien na niego patrzeć, jak powinien do niego mówić, kiedy wiedział? Przymknął na moment oczy, ocierając policzek z mokrego piasku. Byli brudni - to nie obchodziło go w ogóle, ale... było mu coraz zimniej. Coraz zimniej i coraz niezręczniej. Troskliwe pytania pomiędzy nimi brzmiały nienaturalnie.
Jeszcze bardziej nie wiedział, co miał ze sobą zrobić. Był na to wszystko zbyt zmęczony, zbyt pijany i zbyt smutny.
- Naprawdę wolałem kiedy śpiewałaś. Zostań przy tym. Zbudowałbym ci miasto gdybyś dała mi dokończyć to co zacząłem - to za co przeprosiłem, wybrzmiało w tym, ale nie miał odwagi powiedzieć tego wprost - ale wizja rozmowy o tym dlaczego tu jestem, przyprawia mnie co najwyżej o silniejszą gorączkę.
Powiedział to cholernie niewyraźnie, głównie przez to, jak niezręcznie zgrzytał zębami.
- Nie uciekasz - burknął, bezskutecznie próbując podnieść się do siadu - skończył podpierając głowę na łokciu. - Każdy o zdrowych zmysłach radziłby ci spierdalać.
Jego ciało tęskniło za silniejszym dotykiem. Za męskimi ramionami oplatającymi go należycie, tak mocno, jak potrzebował tego, aby nie odlecieć głową gdzieś daleko. Drobniutkie, zimne dłonie Laurenta nie były czymś, czego potrzebował - ale były czymś, czego chciał. Kiedy odsunął od niego głowę, bo ten i tak chciał go puścić, kiedy wpatrywał się w niego i w tę cholerną sukienkę - nie wiedział już, co ma robić. Co za różnica, czy to magia, czy coś rzeczywistego, co z tego, jakim poczuciem winy to było obarczone - to wcale nie czyniło tego pożądania ani trochę mniej rzeczywistym. Delikatność gestu, jakim było zanurzenie głowy w jej klatce piersiowej, spokój, jaki go ogarnął - nie trzymał go już za nadgarstki, zmuszając siłą do uległości, ale to wcale nie znaczyło, że przestał być sobą. A on, nawet kiedy niekoniecznie chciał zachowywać się w ordynarny sposób, rzadko dobrze radził sobie z emocjami i kompletnie nie potrafił sprostać momentami odstręczającej potrzebie bliskości. Mógł być teraz postrzegany jako szkło, ale jego umysł wciąż zaciskał się wokół Laurenta jak palce wokół szyi - przestał śpiewać, a wraz z ciszą przerywaną szumem fal uderzających o brzeg, wróciły myśli, wróciło odczuwanie, a wraz z nimi wróciła analiza - spojrzenie Flynna badało zmartwioną twarz, przechadzało się od oczu do ust, na kilka sekund zabłądziło do dłoni trzymających różdżkę. Poczucie zobowiązania wobec ludzi, których kochał, istniało nadal. Niestety istniała też ta chwila. Ten moment, kiedy wlepione w niego, przedziwnie jasne oczy zdawały się przyciągać go bardziej niż resztki zdrowego rozsądku. Wychowały go ścieżki. W świecie, który był mu domem przez ponad piętnaście lat, oprychy zwykły zmieniać swoje twarze, aby uniknąć wykrycia, ale rzadko zmieniali swoje różdżki, bo to wymagało dużo zachodu - dlatego nauczył się zwracać na nie uwagę.
Go. Bo to był on. Czy jednak ona? Jak powinien na niego patrzeć, jak powinien do niego mówić, kiedy wiedział? Przymknął na moment oczy, ocierając policzek z mokrego piasku. Byli brudni - to nie obchodziło go w ogóle, ale... było mu coraz zimniej. Coraz zimniej i coraz niezręczniej. Troskliwe pytania pomiędzy nimi brzmiały nienaturalnie.
Jeszcze bardziej nie wiedział, co miał ze sobą zrobić. Był na to wszystko zbyt zmęczony, zbyt pijany i zbyt smutny.
- Naprawdę wolałem kiedy śpiewałaś. Zostań przy tym. Zbudowałbym ci miasto gdybyś dała mi dokończyć to co zacząłem - to za co przeprosiłem, wybrzmiało w tym, ale nie miał odwagi powiedzieć tego wprost - ale wizja rozmowy o tym dlaczego tu jestem, przyprawia mnie co najwyżej o silniejszą gorączkę.
Powiedział to cholernie niewyraźnie, głównie przez to, jak niezręcznie zgrzytał zębami.
- Nie uciekasz - burknął, bezskutecznie próbując podnieść się do siadu - skończył podpierając głowę na łokciu. - Każdy o zdrowych zmysłach radziłby ci spierdalać.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.