Wina. Winy były lepsze, kiedy zostawały w butelce. Butelka wina, najlepiej tego francuskiego, z którym Fleamont wiązał swoje niejedno i nie dwa wspomnienia. Lepsze, gorsze - ważne, że były wyraziste. Że słońce wtedy świeciło mocniej, że noc była intensywniejsza i być może nigdy wcześniej (ani potem) nie towarzyszył temu wszystkiemu taki kac. Więc zamykasz te winy w winie i potem wylewasz słone łzy do słonych fal - przepis na wieczór idealny. Zachód słońca, tylko i szum, tylko szum i kołysanie do snu. Sen, który wywieszał pod powiekami sumę błędów i tych... win. Jego wina, twoja wina, nie, napij się jeszcze raz, bo za dużo tego tańczy na języku - powinno raczej tańczyć w wątrobie, żeby ta miała co rozkładać na części pierwsze jak rozkładał mózg. Mózg, który chciał zapomnieć, albo właśnie przypomnieć sobie wszystko, co najlepsze. Tym "najlepszym" zapiłby wino. Zapiłby też winy. Piękną mielibyśmy noc - pełną gwiazd, pełną spokoju, gdyby tylko ktoś pozwolił nam ukuć z tego lepszą rzeczywistość. Zamknąć ją... na przykład we śnie. Tam, gdzie ani ty, ani Laurent, nie posiadali żadnych blizn, było jakoś łatwiej, wszystko pachniało różami, a woda była ciepła. Żaden z nich nie marznął. Nie przejmowałeś się piaskiem ani byciem mokrym. Z nieba można było ukraść gwiazdkę, a potem przenieść ją do... Laurent ciągle nie rozumiał, jak to się stało, ale niekoniecznie próbował rozumieć. Liczyło się to, jaki ciepły był ten kamień w ręce i jak łatwo mógł zostać przesiąknięty nadzieją, jeśli tylko rzeczywistość była wystarczająco śmierdząca winem i przesiąknięta winami, żeby chcieć od niej uciec.
Uciec jak najdalej stąd.
Tylko jak i gdzie uciekać, kiedy pijany i nieszczęśliwy mężczyzna, który zasługiwał na kopnięcie w jaja w najlepszym razie (albo na zatonięcie w twoim własnym domu...) lgnął do kogoś obcego i był w tym taki... skojarzeniowy. Za łatwo przychodziło Laurentowi przesiąkanie czyimiś uczuciami jak ubrania nasiąkały wodą, a tym bardziej, kiedy widział w tym jakąś część swojej własnej słabości, która z jednej strony gubiła, z drugiej - cieszyła. Czasem pozwalała znaleźć niesamowite i niepoznane wcześniej drogi i ścieżki. Chciał odpyskować. Nawet rozchylił swoje całuśne wargi, nawet nieco ściągnął brwi, mocniej zaciskając palce na różdżce, ale nie wydobył żadnego dźwięku ze swoich strun. Bo powiedział słowa, które były jak de ja vu. Które zatkały i kazały się przełknąć jak... ekhem. Wybiło go to z rytmu. Flynn go ciągle wybijał ze wszystkiego. Nie wiedział, jak się przy nim zachowywać, nie potrafił złapać schematu, nie potrafił nadawać na tych samych falach co on. Gdzie leżała to różnica i czemu to było takie trudne! Frustrujące! Tak, bo go to sfrustrowało jak i jednocześnie sprawiło mu przykrość to, co usłyszał. Oto i crescendo - gorączka. Przy tym człowieku należało uważać - pod pozorem zwykłego włóczęgi wyciągniętego z cyrku krył się umysł nie od parady, co pokazał nie raz. Tylko uważać... na co właściwie? Słowa? Gesty? Do dwóch odczuć powróciło to na milisekundę porzucone - zmartwienie.
- Przepraszam pana bardzo, ale będę robiła, co mi się podoba bez względu na pana preferencje. Więc zamknij się. - Frustracja wygrała. To miał być jego śliczny dzień, a myśl o tym, że Fleamont mógłby go zepsuć zakładała blokadę i ściągała lejcami wrażliwość. Odsunął się od paniczyska, przeciągając po jego sylwetce urażonymi oczyma. I jednocześnie wyciągnął dłoń, żeby dotknąć jego czoła i sprawdzić, czy nie ma gorączki. Bo to, że coś wygrało, nie znaczyło, że wszystko inne musiało zniknąć. - Uciekać? Przed kim? Przed kimś, kto ledwo się przewraca na drugi bok? - Obrócił twarz znowu w jego kierunku, teraz mając trochę wyraz politowania. - Nie dokładaj sobie punktów. - Hmm... czy Flynn mógł się teleportować? Potrafił? A jeśli tak - w tym stanie mógłby w ogóle? Co powinien z nim zrobić? Zbudować mu transmutacją namiot na trzy godziny do czasu... czegoś? Przesunął dłonią po swoich policzkach - paskudnie rozmazany makijaż został mu na palcach. Odetchnął. Piękne zakończenie dnia. - Masz jak wrócić do domu?