09.03.2024, 20:57 ✶
Oburzony wzrok, jakim został zmierzony, nie wywołał w nim żadnej konkretnej reakcji. Ani się nie wyszczerzył, ani nie ozdobił twarzy grymasem niezadowolenia - po prostu trwał w takim zawieszeniu, słuchając tego, co spłoszony Laurent chciał mu przekazać. To, w jaki sposób się od niego odsunął, Flynn przyrównałby do tego, jak ludzie odskakiwali do ognia, którym się sparzyli, ale on sam pozostawał zimny jak lód. Wcale nie potrzebował irytującej rozmowy, żeby czuć się źle - jutro obudzi się w tak tragicznym stanie, że będzie musiał odwołać wszystkie treningi... o ile w ogóle doczłapie się do Fantasmagorii.
Kiedy ten się wreszcie utkał, Flynn westchnął ociężale, opadł znów na plecy, nie odtrącając jego ręki i wlepił spojrzenie w niebo.
- Najpierw każesz mi zamknąć mordę, a później zadajesz mi pytania. Jak to kurwa skomentować? Do duszy ci w tym ciele? - No bo chyba nie do twarzy ci z tą twarzą? To i przepraszanie absolutnie za nic, nawet kiedy miało się absolutną rację. Robiły tak wszystkie baby, jakie znał, Laurent i czasami chyba Cain. No dobra, niech będzie, wszystkie baby oprócz Fontaine, ona nigdy go za nic nie przeprosiła, nawet jeżeli momentami mógłby przysiąc, że chciała, tylko w ostatnim momencie gryzła się w język. A może... może tylko chciał, żeby tak było. - Gdybym nie potrafił zabić cię w tym stanie, to od lat bym nie żył - zauważył, bo tak, lubił dodawać sobie punkty za dramatyzm, a narkomanem był nie od wczoraj. Nerwowo potarł dłonią czoło, po czym drgnął od zimnego dreszczu, jaki przeszył jego przyklejone do piasku plecy. Tym razem udało mu się podnieść się do siadu, w reakcji na to właśnie - poza tym wraz z narastającą gorączką znowu zbierało mu się na wymioty.
- Nie - odpowiedział, żeby ten biedaczyna dał sobie wreszcie spokój, chociaż działał wbrew sobie. Bo chociaż jego usta znów chroniły go szczeniackimi odzywkami, to prawda była taka, że był tym samym, prostym sobą, chcącym jego obecności. Był też w kompletnej kropce. Albo raczej w dołku. Dołku tak głębokim, aby dopiero po chwili zorientował się jak wiele kazał Prewettowi się domyślić, a skoro tak, to równie dobrze mógł dać mu założyć potrzebę przetransportowania go do cyrku. Cyrku, w którym za cholerę nie chciał teraz być. - Nie mam gdzie iść. Po prostu pójdę spać w aucie. - Jak on w ogóle do tego doprowadził? Naprawdę można było przekreślić przyszłość z kimś brakiem wiary w to, że się na to zasługiwało? Kiedy tak cztery lata temu myślał jak będzie wyglądało jego życie za lat pięć, to stawiał sobie w głowie znak zapytania, ale nigdy by nie wpadł na to, że będzie to aż tak pokręcony dramat. Dramat zwieńczony tym, że obejmując się rękoma, trąc zmarznięte ramiona, dawał z siebie absolutnie wszystko, żeby nie zauważyć troski w oczach Lukrecji. Kurwa, Lukrecji. Nie chciał widzieć troski w jego oczach, bo wtedy traciło na znaczeniu to czy i jak byli ze sobą kompatybilni - on po prostu chciał go mieć. Dla tych oczu, w których chociaż przez chwilę był centrum cholernego świata. Oddałby tak wiele, żeby znów poczuć, jak to jest. Jakie to uczucie być obok niego bez budowania tego muru. Jak to jest odetchnąć tym samym powietrzem.
Kiedy ten się wreszcie utkał, Flynn westchnął ociężale, opadł znów na plecy, nie odtrącając jego ręki i wlepił spojrzenie w niebo.
- Najpierw każesz mi zamknąć mordę, a później zadajesz mi pytania. Jak to kurwa skomentować? Do duszy ci w tym ciele? - No bo chyba nie do twarzy ci z tą twarzą? To i przepraszanie absolutnie za nic, nawet kiedy miało się absolutną rację. Robiły tak wszystkie baby, jakie znał, Laurent i czasami chyba Cain. No dobra, niech będzie, wszystkie baby oprócz Fontaine, ona nigdy go za nic nie przeprosiła, nawet jeżeli momentami mógłby przysiąc, że chciała, tylko w ostatnim momencie gryzła się w język. A może... może tylko chciał, żeby tak było. - Gdybym nie potrafił zabić cię w tym stanie, to od lat bym nie żył - zauważył, bo tak, lubił dodawać sobie punkty za dramatyzm, a narkomanem był nie od wczoraj. Nerwowo potarł dłonią czoło, po czym drgnął od zimnego dreszczu, jaki przeszył jego przyklejone do piasku plecy. Tym razem udało mu się podnieść się do siadu, w reakcji na to właśnie - poza tym wraz z narastającą gorączką znowu zbierało mu się na wymioty.
- Nie - odpowiedział, żeby ten biedaczyna dał sobie wreszcie spokój, chociaż działał wbrew sobie. Bo chociaż jego usta znów chroniły go szczeniackimi odzywkami, to prawda była taka, że był tym samym, prostym sobą, chcącym jego obecności. Był też w kompletnej kropce. Albo raczej w dołku. Dołku tak głębokim, aby dopiero po chwili zorientował się jak wiele kazał Prewettowi się domyślić, a skoro tak, to równie dobrze mógł dać mu założyć potrzebę przetransportowania go do cyrku. Cyrku, w którym za cholerę nie chciał teraz być. - Nie mam gdzie iść. Po prostu pójdę spać w aucie. - Jak on w ogóle do tego doprowadził? Naprawdę można było przekreślić przyszłość z kimś brakiem wiary w to, że się na to zasługiwało? Kiedy tak cztery lata temu myślał jak będzie wyglądało jego życie za lat pięć, to stawiał sobie w głowie znak zapytania, ale nigdy by nie wpadł na to, że będzie to aż tak pokręcony dramat. Dramat zwieńczony tym, że obejmując się rękoma, trąc zmarznięte ramiona, dawał z siebie absolutnie wszystko, żeby nie zauważyć troski w oczach Lukrecji. Kurwa, Lukrecji. Nie chciał widzieć troski w jego oczach, bo wtedy traciło na znaczeniu to czy i jak byli ze sobą kompatybilni - on po prostu chciał go mieć. Dla tych oczu, w których chociaż przez chwilę był centrum cholernego świata. Oddałby tak wiele, żeby znów poczuć, jak to jest. Jakie to uczucie być obok niego bez budowania tego muru. Jak to jest odetchnąć tym samym powietrzem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.