Najgorsze co mogło spotkać człowieka to obojętność. Tak, obojętność. Nie nienawiść, nie złość, gniew, zawód. Kurwa - obojętność. Zupełna znieczulica, kiedy ani ci zwisa ani ci dynda co zrobi i powie druga osoba. Ludzie byli opętani tą znieczulicą i brakiem empatii. Wszyscy grali do bramki egoizmu, od którego chciało mu się rzygać tak samo jak teraz Fleamontowi od alkoholu. Laurent nie zdawał sobie sprawy, że brzuch tego mężczyzny grał teraz do bramki zupełnie przeciwnej niż on sam i że nie wyrobił tego wszystkiego... tych win. Mówili: nie mieszaj, będzie lepiej! Pobaw się, pokręć, pocałuj damskie usta, albo i nawet z pięć usteczek, ale nie mieszaj! Mieszanie alkoholu nigdy nie przynosiło niczego dobrego. Mieszanie rachunku sumienia z winem również. Teraz jest rozmoczony, nadaje się już tylko do spuszczenia w kiblu, bo nawet nie do tego, żeby się nim podetrzeć. Już niczego z nim nie zrobisz. Niczego na nim nie przeczytasz. Pozostanie ci ta mieszanka, w której niby nie chcesz winy przyjmować, ale w gruncie rzeczy kręci się ona jak komar, kiedy masz w planie zasnąć. Zapalasz światło - komara nie ma. Ale tylko przymknij powieki, tylko pozwól sobie na chwilę rozluźnienia... W świecie Fleamonta Bella rozluźnienie oznaczało tyle, że ten komar wróci. I prawdopodobnie wróci ze zdwojoną mocą. Coś wybuchnie, coś się rozsypie. I znów będziemy przepraszać, chociaż będziemy niepewni trafności przeprosin. Albo tego, czy powinno coś nastąpić po nich. Jak się zachować, co powiedzieć. Przynajmniej ta sytuacja dzięki Flynowi nabrała naturalniejszego tempa. Zdrowszego rytmu mimo tego, że żadne z nich zdrowe nie było. Laurent jak za pstryknięciem palców zapomniał o tym, że było przez moment niezręcznie i że bał się, że Fleamont rozsypie się, jeśli tylko mocniej zaciśnie palce na jego plecach. Teraz najchętniej wyżyłby na nim wszystkie swoje złości i smutki ostatnich miesięcy. Pewnie i tak nie poczułby jego mizernych pięści na swojej klatce piersiowej.
- Możesz nie komentować, w twoim przypadku będzie to nawet rozsądne. - Bo czasami teksty tego człowieka przyprawiały o bolączkę. Laurent poruszył znów różdżką, przeciągając ją od dołu powolutku w górę - zbudował z piasku trwałą ścianę, by osłonić ich przed wiatrem. Po wysuszeniu ciuchów przestało być tak zimno, ale ciało miał wymarznięte. A Flynn... ten chyba w ogóle źle się czuł. Może naprawdę był chory? Ilość alkoholu jaką w siebie wlał była duża - ale Laurent nie miał o tym pojęcia, bo jego smak zmyła morska woda. - Mój nakaz zamknięcia się dotyczył twoich rządzących się komentarzy. - Sam nie wiedział, czemu miał w sobie ten animusz - może dlatego, że Flynn tak marnie wyglądał? A może dlatego, że było mu kurwa na tyle źle, że niech świat wybuchnie, niech się skończy, niech Fleamont ma swój napad gniewu i złości, niech go wytarga za włosy... proszę bardzo! Było mu to wszystko bardzo jedno w tym momencie. Strach też miał tu swoją rolę, ale nie o to, co Flynn zrobi. Raczej strach o to, co mu jest i co powinien z tym zrobić. Obrócił się w jego kierunku i zsunął dłoń z jego czoła na szyję. I tak na moment zamarł, bo to było znajome - znów. Tylko w zupełnie odwrotnej sytuacji - kiedy to on zlegał na jego łóżku. Skrzywił się odrobinkę z niezadowoleniem. - Powiedział czarodziej, który prawie pozwolił mi siebie utopić. - Bał się mówić wcześniej o tym wprost, ale proszę bardzo! Czas to też przyznać otwarcie przed samym sobą, że ideały nie istnieją, nie istniały i naprawdę najwyższy czas zburzyć mury tego pseudo Raju. Wyrwać sobie skrzydła. - Ty naprawdę masz gorączkę. - Co robić, co robić... Laurent spojrzał na lewo, na prawo, ale pusta, zimna plaża nie była nawet dzisiaj domem dla zbyt wielu mew. Nawet one ulatywały, żeby skryć się między drzewami. Tak naprawdę wcale nie wątpił, że gdyby Flynn chciał mu coś zrobić - to by to zrobił. Ludzie ogarnięci gorączką potrafili być jeszcze bardziej niebezpieczni, bo przestawali się w ogóle kontrolować. Natomiast w tym momencie nie do końca brał to na poważnie. Nie do końca to do niego docierało - jego umysł był pochłonięty zupełnie innymi tematami.
- Chory. Spać. W aucie. - Powtórzył za nim wyraźnie akcentując każdą literkę. Lekkie niedowierzenia zadzwoniło w jego głowie i sercu, ale... właściwie... siedząc tutaj między falami sam mógł się rozchorować i wtedy sam skuliłby się pod wodą, zwinął, schował między skałami... To było wręcz bolesne. - Masz lęk wysokości? - Laurent bardzo chciałby ich teleportować - ale nie mógł. Należał do tych przegranych życiowych, którzy teleportować się nigdy nie potrafili. Bo chociaż chętnie by go nawet zabrał tym... samochodem... to byłby pierwszy raz, gdy siedziałby w aucie. Więc z dwojga złego wolał go zabrać swoim środkiem transportu.