09.03.2024, 21:26 ✶
Stanley miał w sobie coś, pewien pierwiastek, przez który Ludovica nie mogła się na jego gniewać lub obrzucać go słowami z chęcią użycia wszelakich klątw. Kiedyś na trafiła na niego w Hogwarcie. A może to on bardziej na nią? Niemiej jednak nawet teraz niemalże biurko w biurko widzieli się, aby przeprowadzać między sobą pogawędki dzikiej treści. Od prozaicznych rozmów z serii — co na śniadanie, jakaś nowa lala do pukania, po plotki. Plotkowanie przy kawie było ich rytuałem i gdyby przyszła po nią kostucha i dała możliwość przedłużenia o trzy minuty życia — prawdodpobnie wybrała by pójście na ostatnią kawę z przyjacielem. Przecież nie wiadomo czy po drugiej stronie będzie dobra kawa, czyż nie?
Zajrzała na niego i uniosła brew, powstrzymując się od prychnięcia w rozbawieniu, mając przy tym założone ręce pod piersiami. A to Ci dopiero! Gwiazdeczka rodem z Hollywood jej się trafiła, no pięknie.
⸺ Oczywiście moja księżniczko. Położę Ci piękny dywan, rumak, ach! I jeszcze zarzucę krasnoludkami! ⸺ parsknęła krótko śmiechem, lustrując go spojrzeniem. Byli jak trzej muszkieterowie, bez trzeciego muszkietera. Jasnowłoss usłyszawszy jego słowa, kolejny raz poszybowała jej brew do góry. Ah, towarzysz dziewczyny zawsze mówił bez ceregieli o czym myślał i w tychże słowach widziała pokrycie w rzeczywistości. Gdyby się własnej kawy nie przyniosło, prędzej czułaby wióry na języku.
⸺ Daj spokój! Jakbyś im coś takiego powiedział to z marszu by Cię wysadzili. Pracować tu niby takie zaszczyty, a warunki gorsze niż w zakładzie pogrzebowym ⸺ pokręciła głową w geście dezaprobaty.
Zgarnęła mężczyznę pod ramię, jakby szły ramię w ramię dwie ciocie na spotkanie bingo w sąsiedztwie.
Gdy w końcu wyszli z nieszczęsnego biura, nogi pokierowały ich do miejsca gdzie czuć było od progu zapach nieszczęsnej kawy. W końcu upragnione przerwa, aby móc rozprostować kark.
⸺ Chyba na osłodę wezmę sobie jakiegoś rogalika... Wiem, że w boczki pójdzie, ale wiesz. Chociaż sobie kawę osłodzę. A Ty mój drogi przyjacielu? Mam nadzieję, że nikt nam kawy już i tak okropnej nie obrzydzi ⸺ mruknęła z lekkim grymasem na licu. Znana była aluzja Ludovici, wiadomo o kogo chodziło, jednakże ów imię nie chciało opuścić ust, niczym toksyna, cholerny jad.
Zajrzała na niego i uniosła brew, powstrzymując się od prychnięcia w rozbawieniu, mając przy tym założone ręce pod piersiami. A to Ci dopiero! Gwiazdeczka rodem z Hollywood jej się trafiła, no pięknie.
⸺ Oczywiście moja księżniczko. Położę Ci piękny dywan, rumak, ach! I jeszcze zarzucę krasnoludkami! ⸺ parsknęła krótko śmiechem, lustrując go spojrzeniem. Byli jak trzej muszkieterowie, bez trzeciego muszkietera. Jasnowłoss usłyszawszy jego słowa, kolejny raz poszybowała jej brew do góry. Ah, towarzysz dziewczyny zawsze mówił bez ceregieli o czym myślał i w tychże słowach widziała pokrycie w rzeczywistości. Gdyby się własnej kawy nie przyniosło, prędzej czułaby wióry na języku.
⸺ Daj spokój! Jakbyś im coś takiego powiedział to z marszu by Cię wysadzili. Pracować tu niby takie zaszczyty, a warunki gorsze niż w zakładzie pogrzebowym ⸺ pokręciła głową w geście dezaprobaty.
Zgarnęła mężczyznę pod ramię, jakby szły ramię w ramię dwie ciocie na spotkanie bingo w sąsiedztwie.
Gdy w końcu wyszli z nieszczęsnego biura, nogi pokierowały ich do miejsca gdzie czuć było od progu zapach nieszczęsnej kawy. W końcu upragnione przerwa, aby móc rozprostować kark.
⸺ Chyba na osłodę wezmę sobie jakiegoś rogalika... Wiem, że w boczki pójdzie, ale wiesz. Chociaż sobie kawę osłodzę. A Ty mój drogi przyjacielu? Mam nadzieję, że nikt nam kawy już i tak okropnej nie obrzydzi ⸺ mruknęła z lekkim grymasem na licu. Znana była aluzja Ludovici, wiadomo o kogo chodziło, jednakże ów imię nie chciało opuścić ust, niczym toksyna, cholerny jad.