09.03.2024, 22:32 ✶
Miło poznać panią dziesięć galeonów.
Nie, nie powinno się mówić do klientów w ten sposób - wiedział o tym, dlatego na dźwięk jej słów uśmiechnął się szerzej i skinął głową ze zrozumieniem, również w pewnym geście oznajmiającym, że zgodnie z oczekiwaniami matki chłopca zakup różdżki nie przekraczał w żaden sposób przeznaczonego przez nich na to budżetu.
- Oczywiście - dodał jeszcze, bo komunikacja niewerbalna, chociaż czasami sprawdzała się lepiej niż nieopatrznie dobrane słowa (bo słowa to było już coś, czego się nie dało odwołać, o ile się nie mówiło wierszem lub zagadkami, a gesty każdy zawsze interpretował po swojemu, więc czasem nawet na twoją korzyść... szczególnie kiedy miałeś przyjaźnie wyglądającą, nieco pulchną twarz - ten sekret znali tylko jej posiadacze, notorycznie zaczepiani na dworcach w celu zapytania ich o drogę do miejsca, w którym ich nigdy nie było).
Ten uśmiechnięty wyraz twarzy nie opuścił go, kiedy zjechał wzrokiem w dół, do młodziutkiego Samuela, chociaż nie poznał jeszcze jego imienia.
- Prawda - potwierdził, przykładając wiele starań ku temu, aby na jego twarz nie wydostała się żadna głębsza emocja, kiedy usłyszał jego głos. Tak łudząco podobny do głosu jego syna, którego... cóż, nie było z nimi od... Nie powinien już tego liczyć. - Nie istnieje żaden test, żaden egzamin. Gdyby istniał test dopasowujący do młodego czarodzieja jego różdżkę, to tak, jakbyśmy stworzyli test na przyjaźń. Różdżka musi cię wybrać. - Zmrużył oczy, przechodząc się wzdłuż lady. Jego oczom nie umknęło zaciśnięcie palców na ramieniu chłopca, ale Ollivander pozostał w swoim zachowaniu bardzo, ale to bardzo naturalny - może niekoniecznie był tym idealnie starym różdżkarzem, jakiego większość wyobrażała sobie na wspomnienie nazwy tegoż sklepu, ale jak już się mu przyjrzało, to miał w sobie tego ducha, który sprawiał, że wydawał się nieodłączną częścią tego wnętrza tak samo, jak stosowi różdżek za jego plecami na wielkiej antresoli nad ich głowami.
- Zdradź mi swoje imię, ale... kiedy na ciebie patrzę - zmrużone oczy rozszerzyły się nagle - to mam już pewien pomysł! - I o ile nikt nie zatrzymał go, nie zadał mu innego pytania, albo nie tupnął z oburzeniem, w ekscentryczny sposób, po wykonaniu gestu mówiącego „zaczekajcie!” pozwolił sobie zniknąć za jedną z zakurzonych półek.
Nie, nie powinno się mówić do klientów w ten sposób - wiedział o tym, dlatego na dźwięk jej słów uśmiechnął się szerzej i skinął głową ze zrozumieniem, również w pewnym geście oznajmiającym, że zgodnie z oczekiwaniami matki chłopca zakup różdżki nie przekraczał w żaden sposób przeznaczonego przez nich na to budżetu.
- Oczywiście - dodał jeszcze, bo komunikacja niewerbalna, chociaż czasami sprawdzała się lepiej niż nieopatrznie dobrane słowa (bo słowa to było już coś, czego się nie dało odwołać, o ile się nie mówiło wierszem lub zagadkami, a gesty każdy zawsze interpretował po swojemu, więc czasem nawet na twoją korzyść... szczególnie kiedy miałeś przyjaźnie wyglądającą, nieco pulchną twarz - ten sekret znali tylko jej posiadacze, notorycznie zaczepiani na dworcach w celu zapytania ich o drogę do miejsca, w którym ich nigdy nie było).
Ten uśmiechnięty wyraz twarzy nie opuścił go, kiedy zjechał wzrokiem w dół, do młodziutkiego Samuela, chociaż nie poznał jeszcze jego imienia.
- Prawda - potwierdził, przykładając wiele starań ku temu, aby na jego twarz nie wydostała się żadna głębsza emocja, kiedy usłyszał jego głos. Tak łudząco podobny do głosu jego syna, którego... cóż, nie było z nimi od... Nie powinien już tego liczyć. - Nie istnieje żaden test, żaden egzamin. Gdyby istniał test dopasowujący do młodego czarodzieja jego różdżkę, to tak, jakbyśmy stworzyli test na przyjaźń. Różdżka musi cię wybrać. - Zmrużył oczy, przechodząc się wzdłuż lady. Jego oczom nie umknęło zaciśnięcie palców na ramieniu chłopca, ale Ollivander pozostał w swoim zachowaniu bardzo, ale to bardzo naturalny - może niekoniecznie był tym idealnie starym różdżkarzem, jakiego większość wyobrażała sobie na wspomnienie nazwy tegoż sklepu, ale jak już się mu przyjrzało, to miał w sobie tego ducha, który sprawiał, że wydawał się nieodłączną częścią tego wnętrza tak samo, jak stosowi różdżek za jego plecami na wielkiej antresoli nad ich głowami.
- Zdradź mi swoje imię, ale... kiedy na ciebie patrzę - zmrużone oczy rozszerzyły się nagle - to mam już pewien pomysł! - I o ile nikt nie zatrzymał go, nie zadał mu innego pytania, albo nie tupnął z oburzeniem, w ekscentryczny sposób, po wykonaniu gestu mówiącego „zaczekajcie!” pozwolił sobie zniknąć za jedną z zakurzonych półek.
no rain,
no flowers.
no flowers.