10.03.2024, 00:02 ✶
Biurokracja była jak choroba, która toczyła każdą komórkę Ministerstwa Magii, wgryzając się w poszczególne biura i departamenty, aby następnie zjeść je od środka. To było jak symbiotyczna relacja, gdzie jedno nie mogło istnieć bez drugiego, jakby cała instytucja miała pogrążyć się w chaosie, gdyby nie ta niekończąca się papierologia. Procedury i regulaminy, chociaż konieczne, stały się kajdanami, które krępowały innowację i spontaniczność. Większość arkuszy i tak lądowała w archiwum, aby koniec końców spłonąć, gdy Wizengamot wymyślił sobie kolejną szeroko zakrojoną reformę.
Szefostwo nie powinno potrzebować szafy pełnej dokumentów, aby zarządzić, że w biurach Brygady Uderzeniowej trzeba dostawić kilka stołów i dokupić parę sów, aby usprawnić komunikację. Chwilami zakrawało to o komedię, jak wtedy, gdy Erik ''negocjował'' nowe osprzętowanie dla zespołu z Kanclerzem Skarbu. Może i było to miłe spotkanie, okraszone paroma żartami, jednak papiery były aż za bardzo prawdziwe. Może dlatego Erik doceniał zalety nieoficjalnej współpracy z Dumbledorem? Dzięki niemu mieli strukturę, ale też sporą wolność działania, a kiedy nadchodził kryzys, nie szukali kruczka prawnego, aby dostać odpowiedni sprzęt, a sami go organizowali.
— Pan? — powtórzył za Efnerem z krzywym uśmiechem, który zdawał się mówić więcej niż słowa. Był ewidentnie zaskoczony tym, że ktoś zwraca się do niego, jak do dojrzałego, statecznego czarodzieja. — Proszę, wystarczy Erik. — Wskazał na ich papierzyska. — Chociaż tak sobie ułatwimy wizytę tutaj.
Kiedy Efner wspomniał o remoncie domu i piwnicy, zmarszczył brwi, próbując połączyć kropki, które wydawały się nie mieć ze sobą zbyt wiele wspólnego. Departament nie zajmował się wydawaniem pozwoleń budowlanych, a jeśli chodziło o sprawdzenie podziemi jakiejś starej chaty, to potrzebny byłby klątwołamacz. Ale co to wszystko miałoby mieć wspólnego z wizytą Neila w areszcie?
Słowo pełnia uderzyło w Erika jak grom z jasnego nieba, a jego niezrozumienie przerodziła się w żal. To wyjaśniało narzekania Neila na tańcach w Dolinie Godryka. To dlatego wówczas wspominał o tym, jak słabe warunki panują w Ministerstwie Magii. Teraz już mu się w ogóle nie dziwił, że miał takie nieprzyjemne skojarzenia z tmy miejscem. Nie do końca wiedział, jak się zachować. Nie miał zbyt wiele znajomych pośród wilkołaków, a rozpoznanie kogoś na ulicy było prkatycznie niemożliwe. No chyba, że było się Geraldine Yaxley. Ona miała... instynkt. Coś po rodzinie, co zapewne przechodziło z pokolenia na pokolenia, przystosowując członków rodu do tego, aby byli jeszcze lepsi w swoim fachu. Takie zdolności ułatwiały polowania.
— Jak dawno? — spytał ciepłym, pełnym zrozumienia głosem.
Wątpił, aby Neil miał okazje usłyszeć ten ton u Erika. Pobrzmiewał w nim smutek, ale nie litość. Wbił dobrotliwe spojrzenie w twarz Efnera, bijąc się z własnymi myślami. Wtrącić się, czy też nie. Bądź co bądź, to nie był pierwszy lepszy likantrop z ulicy. Znał Morfeusza, może nawet był jego protegowanym, więc... Chyba wypadało mu trochę pomóc? Erik przełknął głośno ślinę.
— Mogę zobaczyć? — Sięgnął powoli po teczkę, nie robiąc jednak nic bez wyraźnego przyzwolenia młodszego wilkołaka. — Uwierz mi, wiem czego szukać. Aż za dobrze. Mam z tym... pewne doświadczenie. — Rozejrzał się dyskretnie na boki, starając się wypatrzeć jakić cichy kąt na sali. — Pewnie coś zmieniło się we wstępnych procedurach od... mojego przypadku, ale raczej niezbyt wiele. To wszystko kwestia odpowiednich mechanizmów zabezpieczających.
Szefostwo nie powinno potrzebować szafy pełnej dokumentów, aby zarządzić, że w biurach Brygady Uderzeniowej trzeba dostawić kilka stołów i dokupić parę sów, aby usprawnić komunikację. Chwilami zakrawało to o komedię, jak wtedy, gdy Erik ''negocjował'' nowe osprzętowanie dla zespołu z Kanclerzem Skarbu. Może i było to miłe spotkanie, okraszone paroma żartami, jednak papiery były aż za bardzo prawdziwe. Może dlatego Erik doceniał zalety nieoficjalnej współpracy z Dumbledorem? Dzięki niemu mieli strukturę, ale też sporą wolność działania, a kiedy nadchodził kryzys, nie szukali kruczka prawnego, aby dostać odpowiedni sprzęt, a sami go organizowali.
— Pan? — powtórzył za Efnerem z krzywym uśmiechem, który zdawał się mówić więcej niż słowa. Był ewidentnie zaskoczony tym, że ktoś zwraca się do niego, jak do dojrzałego, statecznego czarodzieja. — Proszę, wystarczy Erik. — Wskazał na ich papierzyska. — Chociaż tak sobie ułatwimy wizytę tutaj.
Kiedy Efner wspomniał o remoncie domu i piwnicy, zmarszczył brwi, próbując połączyć kropki, które wydawały się nie mieć ze sobą zbyt wiele wspólnego. Departament nie zajmował się wydawaniem pozwoleń budowlanych, a jeśli chodziło o sprawdzenie podziemi jakiejś starej chaty, to potrzebny byłby klątwołamacz. Ale co to wszystko miałoby mieć wspólnego z wizytą Neila w areszcie?
Słowo pełnia uderzyło w Erika jak grom z jasnego nieba, a jego niezrozumienie przerodziła się w żal. To wyjaśniało narzekania Neila na tańcach w Dolinie Godryka. To dlatego wówczas wspominał o tym, jak słabe warunki panują w Ministerstwie Magii. Teraz już mu się w ogóle nie dziwił, że miał takie nieprzyjemne skojarzenia z tmy miejscem. Nie do końca wiedział, jak się zachować. Nie miał zbyt wiele znajomych pośród wilkołaków, a rozpoznanie kogoś na ulicy było prkatycznie niemożliwe. No chyba, że było się Geraldine Yaxley. Ona miała... instynkt. Coś po rodzinie, co zapewne przechodziło z pokolenia na pokolenia, przystosowując członków rodu do tego, aby byli jeszcze lepsi w swoim fachu. Takie zdolności ułatwiały polowania.
— Jak dawno? — spytał ciepłym, pełnym zrozumienia głosem.
Wątpił, aby Neil miał okazje usłyszeć ten ton u Erika. Pobrzmiewał w nim smutek, ale nie litość. Wbił dobrotliwe spojrzenie w twarz Efnera, bijąc się z własnymi myślami. Wtrącić się, czy też nie. Bądź co bądź, to nie był pierwszy lepszy likantrop z ulicy. Znał Morfeusza, może nawet był jego protegowanym, więc... Chyba wypadało mu trochę pomóc? Erik przełknął głośno ślinę.
— Mogę zobaczyć? — Sięgnął powoli po teczkę, nie robiąc jednak nic bez wyraźnego przyzwolenia młodszego wilkołaka. — Uwierz mi, wiem czego szukać. Aż za dobrze. Mam z tym... pewne doświadczenie. — Rozejrzał się dyskretnie na boki, starając się wypatrzeć jakić cichy kąt na sali. — Pewnie coś zmieniło się we wstępnych procedurach od... mojego przypadku, ale raczej niezbyt wiele. To wszystko kwestia odpowiednich mechanizmów zabezpieczających.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞