11.12.2022, 13:46 ✶
- Tu można się kłócić, bo właściwie powiedziałam, że coś proponuję, nie wyjaśniłam tylko od razu, o co chodzi, ale zgoda padła już po tym... - stwierdziła Brenna z udawanym uporem, zupełnie jakby to były jakieś zawody. Choć przecież nie były, a nawet gdyby, naprawdę nie miały dużej konkurencji. Ludzi niechętnych Voldemortowi było znacznie więcej niż tych, którzy go popierali. Większość z nich jednak nie miała zamiaru walczyć z różdżką w ręku i... Brenna ani trochę się temu nie dziwiła. Mieli swoje życia, nie chcieli ich ryzykować. Dzieci, partnerów, rodziców, wymagających pomocy.
Ktoś jednak musiał coś zrobić.
A jakoś tak się utarło, że jeżeli widziała, że "ktoś" powinien "coś" zrobić próbowała zrobić to sama. Obie z Mavelle nie miały dzieci, mężów, ich rodzice mogli doskonale sobie poradzić i w dodatku mieszkali w miejscach dobrze chronionych. Ryzykowały głównie własnymi głowami. Pracowały w dodatku w Brygadzie, co mogło Zakonowi pomóc - bo niby ich praca na co dzień wcale nie była jakoś niezwykle niebezpieczna, więcej było zgłoszeń o skradzionych miotłach niż mordach (do tej pory przynajmniej...), ale miały dostęp do pewnych informacji.
- Pewnie tak. Zwłaszcza, że wiele osób w Ministerstwie to czystokrwiści - westchnęła Brenna. - Tacy Malfoyowie? Abraxas albo Forty? Mają wypisane na czołach pogardę wobec "szlamowej krwi".
Może nie dołączyli bezpośrednio do śmierciożerców – chociaż Longbottom ani trochę by się tym nie zdziwiła – ale na pewno w mniejszym lub większym stopniu popierali postulaty Voldemorta. I będą mieli kontakt przynajmniej z niektórymi z jego zwolenników. Kto w końcu mógłby pójść na to szaleństwo poza, po pierwsze, czystokrwistymi, po drugie, absolutnymi szumowinami, które cieszą się na myśl o zabijaniu, kogo zechcą, i po trzecie: tymi, którzy należą do obu pierwszych grup?
– Myślę, że gdyby był zupełnym idiotą, Albus Dumbledore nie zwoływałby ludzi – wymruczała z namysłem, jakby faktycznie przez chwilę rozważała taką wersję. Bo i tak było. Manifest był szaleństwem, to wszystko było szaleństwem, Voldemort więc na pewno był szalony… ale skoro Dumbledore traktował go poważnie, był w tym szaleństwie poważnym zagrożeniem. – Wiesz, że jeśli chodzi o czekoladę jestem niecierpliwa – rzuciła w odpowiedzi na to, że „już, już, zaraz będzie miała”.
Gdy kubek stanął przed nią, porwała piankę, najpierw jedną, potem drugą, nim jeszcze zdążyły nasiąknąć czekoladą i wsunęła je do ust. Dłonie, wciąż skostniałe po przechadzce w chłodny, listopadowy wieczór, oparła o gorące naczynie, rozgrzewając je w ten sposób.
– Och, kolejny komiks? Jakie to urocze, że uznajesz mnie za godną ich bohaterkę – roześmiała się. – Zakon. Ciekawe, czy to od tych wszystkich mugolskich – rycerskich. Chociaż one to chyba nie miały najlepszej opinii i takie tam. W każdym razie… – westchnęła i umilkła na moment, potrzebny do pochylenia się i podmuchania gorącej czekolady, by ta nieco szybciej stała się zdatna do spożycia. – Pewnie nie muszę ci tego mówić, ale dla formalności. Ani słowa nikomu. Nawet jeżeli danej osobie ufasz, trzeba ostrożnie. Mogą kogoś zaszantażować, dopaść jego rodzinę i takie tam. My pod tym względem jesteśmy w komfortowej sytuacji.
Ojcowie Brygadziści, rodzina z tradycjami pojedynkowymi, posiadłość rodowa Longbottomów dobrze chroniona.
Ktoś jednak musiał coś zrobić.
A jakoś tak się utarło, że jeżeli widziała, że "ktoś" powinien "coś" zrobić próbowała zrobić to sama. Obie z Mavelle nie miały dzieci, mężów, ich rodzice mogli doskonale sobie poradzić i w dodatku mieszkali w miejscach dobrze chronionych. Ryzykowały głównie własnymi głowami. Pracowały w dodatku w Brygadzie, co mogło Zakonowi pomóc - bo niby ich praca na co dzień wcale nie była jakoś niezwykle niebezpieczna, więcej było zgłoszeń o skradzionych miotłach niż mordach (do tej pory przynajmniej...), ale miały dostęp do pewnych informacji.
- Pewnie tak. Zwłaszcza, że wiele osób w Ministerstwie to czystokrwiści - westchnęła Brenna. - Tacy Malfoyowie? Abraxas albo Forty? Mają wypisane na czołach pogardę wobec "szlamowej krwi".
Może nie dołączyli bezpośrednio do śmierciożerców – chociaż Longbottom ani trochę by się tym nie zdziwiła – ale na pewno w mniejszym lub większym stopniu popierali postulaty Voldemorta. I będą mieli kontakt przynajmniej z niektórymi z jego zwolenników. Kto w końcu mógłby pójść na to szaleństwo poza, po pierwsze, czystokrwistymi, po drugie, absolutnymi szumowinami, które cieszą się na myśl o zabijaniu, kogo zechcą, i po trzecie: tymi, którzy należą do obu pierwszych grup?
– Myślę, że gdyby był zupełnym idiotą, Albus Dumbledore nie zwoływałby ludzi – wymruczała z namysłem, jakby faktycznie przez chwilę rozważała taką wersję. Bo i tak było. Manifest był szaleństwem, to wszystko było szaleństwem, Voldemort więc na pewno był szalony… ale skoro Dumbledore traktował go poważnie, był w tym szaleństwie poważnym zagrożeniem. – Wiesz, że jeśli chodzi o czekoladę jestem niecierpliwa – rzuciła w odpowiedzi na to, że „już, już, zaraz będzie miała”.
Gdy kubek stanął przed nią, porwała piankę, najpierw jedną, potem drugą, nim jeszcze zdążyły nasiąknąć czekoladą i wsunęła je do ust. Dłonie, wciąż skostniałe po przechadzce w chłodny, listopadowy wieczór, oparła o gorące naczynie, rozgrzewając je w ten sposób.
– Och, kolejny komiks? Jakie to urocze, że uznajesz mnie za godną ich bohaterkę – roześmiała się. – Zakon. Ciekawe, czy to od tych wszystkich mugolskich – rycerskich. Chociaż one to chyba nie miały najlepszej opinii i takie tam. W każdym razie… – westchnęła i umilkła na moment, potrzebny do pochylenia się i podmuchania gorącej czekolady, by ta nieco szybciej stała się zdatna do spożycia. – Pewnie nie muszę ci tego mówić, ale dla formalności. Ani słowa nikomu. Nawet jeżeli danej osobie ufasz, trzeba ostrożnie. Mogą kogoś zaszantażować, dopaść jego rodzinę i takie tam. My pod tym względem jesteśmy w komfortowej sytuacji.
Ojcowie Brygadziści, rodzina z tradycjami pojedynkowymi, posiadłość rodowa Longbottomów dobrze chroniona.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.