10.03.2024, 21:44 ✶
– Hah, to brzmi jak niezła lekcja trzech języków, ale... to nie jest przecież problem. Mogę nazbierać ziela i będziesz musiała podać tylko łacińską nazwę. Mój zielnik to potem zweryfikuje, a Lysander przypieczętuje i obwieści zwycięzce, jako niezależny sędzia, który obojgu nam... zakładam... życzy jak najlepiej, więc nie będzie oszukiwał wcale, lub będzie oszukiwał w równej skali na rzecz obu. – Perorował Sam rozbawiony, jego sierp zniknął, na powrót przyjmując formę scyzoryka. Włożył go sobie do kieszeni płowych jeansów i z łagodnym uśmiechem pomógł małej sarence złapać znowu pion.
Następnie zupełnie naturalnie, może bezmyślnie, może bez świadomości, że takie gesty są jednak wieloznaczne – odwrócił ją w kierunku połaci zieleni, tchnących słodyczą kwiatów, kręcących w nosach wszystkich alergików. Przy takiej koordynacji zdecydowanie lepiej było ciąć magicznym sierpem, aniżeli magicznym kombajnem. Człowiek kichnie, potknie się, i już zamiast skoszonej trawy byłaby czyjaś głowa!
Nie byl tu po to jednak, aby ją strofować, a czegoś przydatnego nauczyć.
Stanął za nią i objął ją, szczupły ale wciąż wyższy, ułożył szorstkie latami pracy dłonie stolarza na jej nadgarstkach.
– Złap różdżkę pewnie szeptał niemalże do ucha, ocierając się o nią, ocierając się o zapach pól i słońca, słodycz młodości i słoność zmęczenia. Jak ona odnajdowała przyjemność w leżeniu pośrod kwiecia, tak teraz i on, nie czuł zawahania, blokady przed w gruncie rzeczy nieznajomą. Odgiał jej rękę plynnym ruchem, jak podczas nauki pływania.
– Jeśli nie chcesz transmutować narzędzia, możesz ukształtować smugę, tak cienką że niewidoczną, tworzoną przez sam czubek Twojej giętkiej... To jest dereń? – zapytał, oglądając dziesięcio calową piękność przez moment, rozkojarzając się jak dziecko, które dostrzeże to, czym pasjonowało się pół życia. – Wyobraź sobie, że czubek rysuje linię energii. Tak cienki jak żyłka, mogący ściąć łodygę, nim ona zdąży ugiąć się pod siłą zamachu... – wrócił do instrukcji, obejmując ją nadal, pokazując w zwolnionym tempie jak będzie za moment ciąć.
Następnie zupełnie naturalnie, może bezmyślnie, może bez świadomości, że takie gesty są jednak wieloznaczne – odwrócił ją w kierunku połaci zieleni, tchnących słodyczą kwiatów, kręcących w nosach wszystkich alergików. Przy takiej koordynacji zdecydowanie lepiej było ciąć magicznym sierpem, aniżeli magicznym kombajnem. Człowiek kichnie, potknie się, i już zamiast skoszonej trawy byłaby czyjaś głowa!
Nie byl tu po to jednak, aby ją strofować, a czegoś przydatnego nauczyć.
Stanął za nią i objął ją, szczupły ale wciąż wyższy, ułożył szorstkie latami pracy dłonie stolarza na jej nadgarstkach.
– Złap różdżkę pewnie szeptał niemalże do ucha, ocierając się o nią, ocierając się o zapach pól i słońca, słodycz młodości i słoność zmęczenia. Jak ona odnajdowała przyjemność w leżeniu pośrod kwiecia, tak teraz i on, nie czuł zawahania, blokady przed w gruncie rzeczy nieznajomą. Odgiał jej rękę plynnym ruchem, jak podczas nauki pływania.
– Jeśli nie chcesz transmutować narzędzia, możesz ukształtować smugę, tak cienką że niewidoczną, tworzoną przez sam czubek Twojej giętkiej... To jest dereń? – zapytał, oglądając dziesięcio calową piękność przez moment, rozkojarzając się jak dziecko, które dostrzeże to, czym pasjonowało się pół życia. – Wyobraź sobie, że czubek rysuje linię energii. Tak cienki jak żyłka, mogący ściąć łodygę, nim ona zdąży ugiąć się pod siłą zamachu... – wrócił do instrukcji, obejmując ją nadal, pokazując w zwolnionym tempie jak będzie za moment ciąć.