10.03.2024, 22:15 ✶
Ostatnimi czasy życie osobiste Ulyssesa Rookwooda nabrało takich rumieńców, których nie miało właściwie nigdy wcześniej. Najpierw adoptował psa, którego znalazł razem z Danielle w Kniei Godryka. Potem odważył się wreszcie wyprowadzić z rezydencji Rookwoodów (co tam, że od przeszło dziesięciu lat miał klucze od wiejskiego domu matki Cathala, a sam zbliżał się do trzydziestego roku życia i był to już najwyższy czas, żeby podjąć taki krok). Wreszcie dostał zaproszenie na herbatę od Bellatrix, co było o tyle naturalne, że przecież pracowali w tym samym miejscu pracy. W międzyczasie oddał niedźwiedzią przysługę Alannie Carrow (niech sczeźnie na dnie jakiegoś oceanu) i zaczął planować z Shafiqiem remont generalny (do którego sporą cegiełkę dołożył adoptowany, żywiołowy pies). Gdyby jeszcze tylko Danielle się do niego odezwała, mógłby zacząć uznawać ten okres swojego życia za wyjątkowo udany.
A tak był, po prostu, udany.
Młody Rookwood przyszedł do rezydencji, w której mieszkała Bellatrix Black przy Grimuald Place na własnych nogach. Wyglądał właściwie dokładnie tak samo, jak wyglądałby każdego innego dnia, w czasie którego miał dyżur w pracy, a więc był w ciemnym, wyprasowanym garniturze. Miał też wypastowane, czarne buty i białą koszulę. Wyglądał albo jak mugolski prawnik, albo jak pracownik domu pogrzebowego. Pomijając czapkę w krowie łaty, męską apaszkę i żywego ptaka, ubrał się więc całkiem podobnie do swojego niedoszłego narzeczonego Rabastana Lestrange’a (o czym na szczęście nie wiedział, bo ojciec oszczędził mu szczegółów tragicznej pomyłki, której uległa matka Rabastana).
Ulysses przystanął przed drzwiami do rezydencji, w głowie wyrzucając sobie, że nie zdecydował się jednak na jakiś lżejszy garnitur (choć wiedział również, że musiałby się bardzo przełamać, by przyjść tutaj w zwykłych, tweedowych spodniach i koszulce polo). Zapukał a potem odstąpił krok w tył, tak na wszelki wypadek, gdyby któryś z domowników zamierzał popatrzeć na niego przez oko Judasza. Chwilę zaczekał, zanim drzwi się uchyliły i wszedł do środka. Odruchowo rozejrzał się po holu, a potem powiedział:
- Ja do panny Bellatrix – głos miał matowy, średnio przyjazny, choć nie z jego winy. Do kogo to powiedział? Najpewniej do skrzata, a potem pozwolił się poprowadzić ku młodziutkiej i ślicznej Belli Black.
A tak był, po prostu, udany.
Młody Rookwood przyszedł do rezydencji, w której mieszkała Bellatrix Black przy Grimuald Place na własnych nogach. Wyglądał właściwie dokładnie tak samo, jak wyglądałby każdego innego dnia, w czasie którego miał dyżur w pracy, a więc był w ciemnym, wyprasowanym garniturze. Miał też wypastowane, czarne buty i białą koszulę. Wyglądał albo jak mugolski prawnik, albo jak pracownik domu pogrzebowego. Pomijając czapkę w krowie łaty, męską apaszkę i żywego ptaka, ubrał się więc całkiem podobnie do swojego niedoszłego narzeczonego Rabastana Lestrange’a (o czym na szczęście nie wiedział, bo ojciec oszczędził mu szczegółów tragicznej pomyłki, której uległa matka Rabastana).
Ulysses przystanął przed drzwiami do rezydencji, w głowie wyrzucając sobie, że nie zdecydował się jednak na jakiś lżejszy garnitur (choć wiedział również, że musiałby się bardzo przełamać, by przyjść tutaj w zwykłych, tweedowych spodniach i koszulce polo). Zapukał a potem odstąpił krok w tył, tak na wszelki wypadek, gdyby któryś z domowników zamierzał popatrzeć na niego przez oko Judasza. Chwilę zaczekał, zanim drzwi się uchyliły i wszedł do środka. Odruchowo rozejrzał się po holu, a potem powiedział:
- Ja do panny Bellatrix – głos miał matowy, średnio przyjazny, choć nie z jego winy. Do kogo to powiedział? Najpewniej do skrzata, a potem pozwolił się poprowadzić ku młodziutkiej i ślicznej Belli Black.