11.03.2024, 10:40 ✶
Palce jak ptasie szpony (choć oczywiście, to nie ta kończyna, Sam dobrze wiedział, że palce przechodzą w skrzydła, znał doskonale kościec ptasi, ułożenie, rozszerzenie, wygięcie, strukturę poszczególnych paliczków pokrytych później różnorodnym pierzem) wbite w ramię nie niosły ze sobą strachu, jak mógłby przypuszczać ktoś spoza ich rodzinnego kręgu. Sam wiedział, że to miłość, że to roztoczenie nad nim opieki, połączenie mówiące o tym, że mama jest i czuwa, że nie został pozostawiony sam sobie, choć takie zakupy to Bardzo Odpowiedzialne i Dorosłe Zajęcie.
– Więc... na przyjaźń nie ma testów? – zapytał prosto, zafascynowany mężczyzną z taką samą mocą, jak fascynowało go to miejsce. Jeśli musiałby kiedykolwiek być w tym paskudnym mieście na zawsze, to w dziecięcej fantazji uroiło mu się, że właśnie ten sklep mógłby być dla niego czymś, co z czasem nazwałby domem. Nawet bez roślin wyrastających z podłogi, czuł ciepło drewna, zapach żywicy i otulającą pierzynę kurzu, nadającą całości wrażenie przytulności.
– Ale... co jeśli żadna mnie nie wybierze? – zaniepokoił się postępując krok do przodu, nie chcąc sprawić zawodu matce, która tak wiele poświęcała energii, by z nim tu przyjechać i przygotować go na wyjazd do szkoły. Czasu, złota, własnych nerwów... – Ja jestem Sa...– już miał powiedzieć, ale sprzedawca zniknął gdzieś. Z niepokojem odwrócił głowę ku rodzicielce.
– Mamo co jeśli różdżka mnie nie polubi? Czy wtedy nie będę jechał do Szkoły? Będę mógł zostać z Wami? – wyszeptał, nie wiedząc, czy powinien się obawiać takiego scenariusza, czy właśnie go pożądać, a wielkie litery co rusz pojawiały się w dziecięcej mowie udającej bardzo poważną i dorosłą.
– Więc... na przyjaźń nie ma testów? – zapytał prosto, zafascynowany mężczyzną z taką samą mocą, jak fascynowało go to miejsce. Jeśli musiałby kiedykolwiek być w tym paskudnym mieście na zawsze, to w dziecięcej fantazji uroiło mu się, że właśnie ten sklep mógłby być dla niego czymś, co z czasem nazwałby domem. Nawet bez roślin wyrastających z podłogi, czuł ciepło drewna, zapach żywicy i otulającą pierzynę kurzu, nadającą całości wrażenie przytulności.
– Ale... co jeśli żadna mnie nie wybierze? – zaniepokoił się postępując krok do przodu, nie chcąc sprawić zawodu matce, która tak wiele poświęcała energii, by z nim tu przyjechać i przygotować go na wyjazd do szkoły. Czasu, złota, własnych nerwów... – Ja jestem Sa...– już miał powiedzieć, ale sprzedawca zniknął gdzieś. Z niepokojem odwrócił głowę ku rodzicielce.
– Mamo co jeśli różdżka mnie nie polubi? Czy wtedy nie będę jechał do Szkoły? Będę mógł zostać z Wami? – wyszeptał, nie wiedząc, czy powinien się obawiać takiego scenariusza, czy właśnie go pożądać, a wielkie litery co rusz pojawiały się w dziecięcej mowie udającej bardzo poważną i dorosłą.