— To bardzo dobry pomysł, ostatnio nawet myślałam o tym, czy by nie zrobić zielnika — odpowiedziałam. Chciałam sobie przypomnieć, kiedy dokładniej tworzyłam takie plany, a gdy połączyłam fakt z datą i miejscem... Postanowiłam tego teraz nie drążyć. Bo powrót do tamtych wspomnień mógłby zostawić Samuela jedynie z blondwłosą wydmuszką.
Pomógł mi wstać, obrócił mnie, a potem stanął tak blisko, że mnie zmroziło. Odbierałam wszelakie nauki magiczne w różnych formach od wielorakich nauczycieli. Wielu z nich stało w należytym dystansie, racząc mnie słowem mądrości, w przypadku niektórych wymagany był kontakt fizyczny, jak przy pomocy do stania na rękach, czy poprawie uchwytu miotły. Ale nikt nigdy, nawet kochana i czuła moja babka, nie ogarnął mnie swoimi naukami z takiego bliska, wstrzykując wiedzę bezpośrednio do ucha, tak że żadna kropla nie miała prawa się omsknąć...
A jednak wszystko to uleciało, gdyż z przejęcia dusza moja opuściła ciało na moment i dopiero dereń przywrócił mnie do żywych.
— Dereń? — Słownik umysłowy niezdarnie starał się odnaleźć tłumaczenie tego słowa. I dlaczego rozmawialiśmy o drzewach? Zamrugałam starając się odzyskać kontakt z rzeczywistością. No tak, wystawiałam różdżkę przed siebie. — Tak, to dereń.
Rozpoznał drewno? Tego się mogłam po nim spodziewać. Sama potrafiłam odróżnić sosnę od brzozy, ale pomimo dostrzegania różnic w odcieniach brązu, nie dałabym rady odróżnić drewna orzecha od jabłoni.
Moja ręka była jak szmaciana lalka, gdy wodził nią, pokazywał przyszłe działania. Reszta ciała zaś wciąż zesztywniała, sparaliżowana objęciem drapieżnika. Ciężko jednak mi stwierdzić, czy to był strach, czy zawstydzenie bliskością. Nie wiedziałam, o ile starszy był ode mnie, bo też wyglądał na sporo starszego, chociaż przez sposób bycia zdawał się rówieśnikiem. Starałam się skupić na tym, co do mnie mówił, ale ciężkie to było, gdy ciało znajdowało się w trybie kryzysowym. Oddech przyspieszył, jak gdybym ćwiczyła coś o wiele bardziej wymagającego wysiłku niż ścinania trawy magią.