11.03.2024, 11:13 ✶
Memento mori...
...paradoksalnie, to wrzosowisko było dlań cięższym miejscem, trudniejszym do dźwignięcia emocjonalnie, niż cmentarz, ogród trupów i kamieni. Idea nagrobków, potężnych krypt, kamiennych trumien i wypłowiałych ścieżek przecinających miejsca wspomnień... Nazwiska nic mu nie mówiły, nie znał tych ludzi, znając swoje drzewo genealogiczne ledwie krok wstecz, nie czuł sentymentu i łez, które wylewali inni w tej dziwnej, zszarzałej przestrzeni. Nie był też kamieniarzem, aby doceniać kunszt niektórych płyt i rzeźb. Zdecydowanie, nie był odbiorcą tego miejsca...
Tak się jednak złożyło, że przyjął od babinki Boringen prośbę o renowację ławki, na której zwykła siadać i "rozmawiać", ze swoim małżonkiem. Czy to była prawda, na ile magia pozwalałaby jej na to, na ile to stęskniony starczy umysł i bujna wyobraźnia pozwalały jej na te konwersacje – Sammy nie wnikał. Praca była pracą, choćby za bezzębny uśmiech i butelkę soku z czarnego bzu. Wystarczyło.
Siedział więc przy kamiennym stelarzu, mocując do niego przygotowane wcześniej, wyheblowane, zakonserwowane i odmalowane deski. Przy kolanie leżała płócienna torba, w której zwykł nosić swoje narzędzia. Wytarta sprzed lat, torba, w której dostał prezent od pewnej dziewczyny, teraz dźwigała kilka narzędzi, transmutowanych według potrzeb, jeśli trzeba było czegoś większego lub z drugiej strony bardziej precyzyjnego. Ławka była jednak prostą robotą i w sumie lada moment powinien skończyć.
Słońce paliło, rękawy jego kraciastej koszuli były podwinięte wysoko, ale sprane, mocno sfatygowane jeasny, to mogło być trochę za dużo... Wyprostował się na moment i z głośnym westchnięciem otarł pot z czoła. Ławka to było nic, ale dzisiaj miał przerabiać jabłka do gąsiorów, zastanawiał się szczerze czy nie przełożyć tego na wieczór i nie przespać całego dnia w jakimś mocno zacienionym, możliwie przewiewnym miejscu.
Nagle zastrzygł uchem w zaciekawieniu, zdając sobie sprawę, że słyszy stłumiony głos kogoś, który wydawał się być głosem całkiem znajomym. Podniósł się z kolan i rozejrzał po cmentarzu.
– Bee? – zawołał głośno, niepomny na miejsce (z resztą no kto mu mógł powiedzieć, jak należy się zachowywać w takim właśnie miejscu? Ruszył w długich spręzystych krokach w kierunku głosu zabierając ze sobą torbę, a drobnolistna wiekowa lipa w pierwszej chili przesłoniło mu osobę z którą rozmawiała przyjaciółka. – Bee! Co tu robisz? – zagadnął z entuzjazmem, jasnym, niemal dziecięcym głosem. Przy niej zawsze czuł się tak jakby znów miał 14 lat, a jego jedynym zmartwieniem było zadrapanie na kolanie i kilka guzów na głowie, jak spadając z drzewa, wypuściłeś różdżkę i nie było jak zmienić się w ptaka.
Dopiero wtedy jego wzrok padł na towarzyszącą jej kobietę i zastygł na moment, od razu przypominając sobie, gdzie i kiedy ją widział ostatnio.
– Och. – zdołał skomentować Bardzo Elokwentnie.
...paradoksalnie, to wrzosowisko było dlań cięższym miejscem, trudniejszym do dźwignięcia emocjonalnie, niż cmentarz, ogród trupów i kamieni. Idea nagrobków, potężnych krypt, kamiennych trumien i wypłowiałych ścieżek przecinających miejsca wspomnień... Nazwiska nic mu nie mówiły, nie znał tych ludzi, znając swoje drzewo genealogiczne ledwie krok wstecz, nie czuł sentymentu i łez, które wylewali inni w tej dziwnej, zszarzałej przestrzeni. Nie był też kamieniarzem, aby doceniać kunszt niektórych płyt i rzeźb. Zdecydowanie, nie był odbiorcą tego miejsca...
Tak się jednak złożyło, że przyjął od babinki Boringen prośbę o renowację ławki, na której zwykła siadać i "rozmawiać", ze swoim małżonkiem. Czy to była prawda, na ile magia pozwalałaby jej na to, na ile to stęskniony starczy umysł i bujna wyobraźnia pozwalały jej na te konwersacje – Sammy nie wnikał. Praca była pracą, choćby za bezzębny uśmiech i butelkę soku z czarnego bzu. Wystarczyło.
Siedział więc przy kamiennym stelarzu, mocując do niego przygotowane wcześniej, wyheblowane, zakonserwowane i odmalowane deski. Przy kolanie leżała płócienna torba, w której zwykł nosić swoje narzędzia. Wytarta sprzed lat, torba, w której dostał prezent od pewnej dziewczyny, teraz dźwigała kilka narzędzi, transmutowanych według potrzeb, jeśli trzeba było czegoś większego lub z drugiej strony bardziej precyzyjnego. Ławka była jednak prostą robotą i w sumie lada moment powinien skończyć.
Słońce paliło, rękawy jego kraciastej koszuli były podwinięte wysoko, ale sprane, mocno sfatygowane jeasny, to mogło być trochę za dużo... Wyprostował się na moment i z głośnym westchnięciem otarł pot z czoła. Ławka to było nic, ale dzisiaj miał przerabiać jabłka do gąsiorów, zastanawiał się szczerze czy nie przełożyć tego na wieczór i nie przespać całego dnia w jakimś mocno zacienionym, możliwie przewiewnym miejscu.
Nagle zastrzygł uchem w zaciekawieniu, zdając sobie sprawę, że słyszy stłumiony głos kogoś, który wydawał się być głosem całkiem znajomym. Podniósł się z kolan i rozejrzał po cmentarzu.
– Bee? – zawołał głośno, niepomny na miejsce (z resztą no kto mu mógł powiedzieć, jak należy się zachowywać w takim właśnie miejscu? Ruszył w długich spręzystych krokach w kierunku głosu zabierając ze sobą torbę, a drobnolistna wiekowa lipa w pierwszej chili przesłoniło mu osobę z którą rozmawiała przyjaciółka. – Bee! Co tu robisz? – zagadnął z entuzjazmem, jasnym, niemal dziecięcym głosem. Przy niej zawsze czuł się tak jakby znów miał 14 lat, a jego jedynym zmartwieniem było zadrapanie na kolanie i kilka guzów na głowie, jak spadając z drzewa, wypuściłeś różdżkę i nie było jak zmienić się w ptaka.
Dopiero wtedy jego wzrok padł na towarzyszącą jej kobietę i zastygł na moment, od razu przypominając sobie, gdzie i kiedy ją widział ostatnio.
– Och. – zdołał skomentować Bardzo Elokwentnie.