11.03.2024, 12:43 ✶
- No to góry zamienią się w morza albo odwrotnie. Albo cokolwiek innego, równie nierealnego – sarknęła tylko. Astronomiczne cuda na kiju wprawdzie się działy, owszem, ale nadal jednak słońce wschodziło na wschodzie i zachodziło na zachodzie – czy więc faktycznie odwrócenie takiej kolei rzeczy nie byłoby takie niemożliwe?
Zresztą, obojętnie jaki by nie podała przykład – bardziej czy mniej realny – najwyraźniej nadal szczerze wierzyła, że kłótnia z Brenną, ale taka, która sięgnęłaby aż gwiazd i skłoniła do znacznego przekroczenia alkoholowych granic.
Po prostu pewne rzeczy wydawały się być niemożliwe i koniec, kropka.
Choć zapewne, gdyby ją ktoś wcześniej zapytał, do kategorii niemożliwych zapewne wrzuciłaby i to, że Alastor ją będzie prowadził, wyciągając z szemranej mordowni, kiedy jednocześnie miała mocno w czubie… a jednak, właśnie coś takiego się działo, tu i teraz.
I naprawdę tylko jemu zawdzięczała, że nie wylądowała od razu na podłodze czy też nie wprawiała się w poruszaniu bardzo szerokim slalomem…
- Miej litość i nie każ mi liczyć – mruknęła. Tak. Wiedziała. Musiała wiedzieć. A jednak z jakiegoś powodu wybrała właśnie to miejsce… dlaczego? Wbrew jakiemukolwiek rozsądkowi. Jakby szukała guza? Sposobu na samobójstwo w białych rękawiczkach – bo przecież w ten sposób nie przykładałaby bezpośrednio różdżki do swojej łepetyny? Liczyła na coś jeszcze innego…?
Krok za krokiem. Pozwoliła się prowadzić jak małe dziecko, tak po prostu. I naprawdę było w tym coś ironicznego, że osoba, której tak pragnęła, do której wyrywało się jej serce, znajdowała się tuż obok, czuła jej ciepło, które nijak nie rozgrzewało i nadal… nadal istniała między nimi ta niewidzialna granica, której nie miała odwagi przekroczyć. A może wręcz przeciwnie – jednak trzeba było siły woli i odwagi, żeby nie poddać się pragnieniom, nie złamać zasad, nie uznać, że niech się dzieje, co chce, świat może płonąć – byleby tylko wyrwać te parę chwil, znów wrócić do tego, co było kiedyś…?
I nic to, że zapewne oznaczałoby to jednocześnie powrót również i do tego, czego przecież nie chciała. Ważniejsze było co innego…
Jak się czuła? Chujowo. Po prostu chujowo. Jakby trafiła na samo dno i jeszcze się w nie wbijała, usiłując się dostać niżej niż wydawałoby się, że można się znaleźć. Ale nie, nie zaczęła się wywnętrzać, wymieniać wszystkich swoich bolączek, zamiast tego…
- Chyba… chyba będę rzygać – oznajmiła zamiast tego wszystkiego, dłoń przykładając do brzucha. Żołądek najwyraźniej w końcu się zbuntował, i nic dziwnego. Ilość to raz, jakość to dwa, zapewne dałoby się znaleźć i trzy – wszystko to doprowadziło do tego punktu, w którym ostatecznie spróbowała wyswobodzić się z uścisku Alastora, żeby nadać brukowi ulicy trochę koloru...
@Alastor Moody
Zresztą, obojętnie jaki by nie podała przykład – bardziej czy mniej realny – najwyraźniej nadal szczerze wierzyła, że kłótnia z Brenną, ale taka, która sięgnęłaby aż gwiazd i skłoniła do znacznego przekroczenia alkoholowych granic.
Po prostu pewne rzeczy wydawały się być niemożliwe i koniec, kropka.
Choć zapewne, gdyby ją ktoś wcześniej zapytał, do kategorii niemożliwych zapewne wrzuciłaby i to, że Alastor ją będzie prowadził, wyciągając z szemranej mordowni, kiedy jednocześnie miała mocno w czubie… a jednak, właśnie coś takiego się działo, tu i teraz.
I naprawdę tylko jemu zawdzięczała, że nie wylądowała od razu na podłodze czy też nie wprawiała się w poruszaniu bardzo szerokim slalomem…
- Miej litość i nie każ mi liczyć – mruknęła. Tak. Wiedziała. Musiała wiedzieć. A jednak z jakiegoś powodu wybrała właśnie to miejsce… dlaczego? Wbrew jakiemukolwiek rozsądkowi. Jakby szukała guza? Sposobu na samobójstwo w białych rękawiczkach – bo przecież w ten sposób nie przykładałaby bezpośrednio różdżki do swojej łepetyny? Liczyła na coś jeszcze innego…?
Krok za krokiem. Pozwoliła się prowadzić jak małe dziecko, tak po prostu. I naprawdę było w tym coś ironicznego, że osoba, której tak pragnęła, do której wyrywało się jej serce, znajdowała się tuż obok, czuła jej ciepło, które nijak nie rozgrzewało i nadal… nadal istniała między nimi ta niewidzialna granica, której nie miała odwagi przekroczyć. A może wręcz przeciwnie – jednak trzeba było siły woli i odwagi, żeby nie poddać się pragnieniom, nie złamać zasad, nie uznać, że niech się dzieje, co chce, świat może płonąć – byleby tylko wyrwać te parę chwil, znów wrócić do tego, co było kiedyś…?
I nic to, że zapewne oznaczałoby to jednocześnie powrót również i do tego, czego przecież nie chciała. Ważniejsze było co innego…
Jak się czuła? Chujowo. Po prostu chujowo. Jakby trafiła na samo dno i jeszcze się w nie wbijała, usiłując się dostać niżej niż wydawałoby się, że można się znaleźć. Ale nie, nie zaczęła się wywnętrzać, wymieniać wszystkich swoich bolączek, zamiast tego…
- Chyba… chyba będę rzygać – oznajmiła zamiast tego wszystkiego, dłoń przykładając do brzucha. Żołądek najwyraźniej w końcu się zbuntował, i nic dziwnego. Ilość to raz, jakość to dwa, zapewne dałoby się znaleźć i trzy – wszystko to doprowadziło do tego punktu, w którym ostatecznie spróbowała wyswobodzić się z uścisku Alastora, żeby nadać brukowi ulicy trochę koloru...
@Alastor Moody