11.03.2024, 16:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.03.2024, 22:01 przez Alexander Mulciber.)
Rzucam na percepcję, żeby wiedzieć, czy Alex ogarnie sprawę i złapie tę nieszczęsną gazetę.
Robert mógł myśleć, że Alexander dalej był tym samym aroganckim gówniarzem, który nieodłącznie towarzyszył swemu ojcu i bratu podczas rzadkich posiedzeń rodowej starszyzny – w końcu tak jak kiedyś Alex potrafił kompletnie bez emocji rzucić wrednej ciotce w twarz szybką przepowiednią, że nie dożyje tegorocznego Samhain, tak teraz, równie bezczelnie poczynał sobie w obecności Roberta, pozostając doskonale obojętnym na jego śmieszne przytyki – ale Robert musiał też zaakceptować przykrą prawdę, że po śmierci Duncana i tragicznym wypadku Donalda, ten właśnie arogancki gówniarz dorósł, i stał teraz na czele rodu Mulciber (oraz na zdobiącym salonik Roberta eleganckim, jasnym dywanie, który szalenie kusił, by wytrzeć o niego buty).
Robert, oczywiście, nie zamierzał się streszczać.
Niektórym pomaga liczenie na palcach? I kto to mówi? Człowiek, który ma identycznego klona! Nie raz i nie dwa, Alex mrużył w skupieniu oczy, z oddali spoglądając w stronę bliźniaków Mulciber, i razem z równie poirytowaną co i on Dianą próbował dociec, czy mają takie same halucynacje (anam cara vibes!), czy też mają do czynienia z jakąś anomalią, rozszczepieńcem? Jeden, mruczał Alex, pokazując palcem na Roberta. Dwa, uzupełniała Diana, wskazując na Drugiego Roberta. Abominacja, mruczał mężczyzna, a szwagierka tylko przechylała głowę, i wpatrywała się intensywnie w bliźniacze postaci, by ostatecznie zawyrokować: jeden jest przystojniejszy.
Alex nie przyszedł tutaj uczyć się matematyki. Robert nie posiadał żadnych kompetencji w tym polu, bo przecież, kto umie liczyć, liczy na siebie. Niektórym pomaga liczenie na palcach?
Utrzymał niewygodny kontakt wzrokowy. Uśmiechnął się paskudnie.
- Pomoże ci, gdy będziesz wyliczać swoje grzechy przed jego obliczem? – spytał szyderczo Alexander.
Od kiedy tylko Robert skontaktował się z nim listownie w sprawie Juliusa Mulcibera, podejrzewał, że to właśnie kuzyn był odpowiedzialny za wciągnięcie dalekiego krewnego w szeregi śmierciożerców. Skoro nie zrobił tego on, ani nie zrobiła tego Diana, za wciągnięcie innego Mulcibera do służby Voldemorta musiał odpowiadać Robert. A jeżeli Julius nawalił, to czy ten, który go wtajemniczył, nie powinien ponieść konsekwencji…?
Blefował. Oczywiście, że blefował – nie miał pojęcia, jak było naprawdę; nie wiedział nawet, czy Julius rzeczywiście był śmierciożercą – ale nawet nie mrugnął okiem, łapiąc rzuconą w jego gazetę bez żadnego zawahania. Zawsze miał dobry refleks, ale dzięki trzeciemu oku, zobaczył, jak ta leci w jego stronę, zanim jeszcze Robert podrzucił ją w powietrze.
I nie, Alexander nie wiedział o zdradzie Roberta – niespecjalnie go zajmowały potyczki o władzę między śmierciożerską bracią – choć miał jakieś dziwne przeczucie, że właśnie te konkretne słowa wyjątkowo silnie zadziałają na krewniaka, w tym samym momencie, w którym spłynęły mimowolnie z jego ust.
Nie musiał wiedzieć. Axel miał teraz na głowie inne zmartwienia – karta Pustelnika z talii Ambrosii, schowana w kieszeni koszuli, paliła go w pierś, tak samo, jak jego dłoń palił rodowy sygnet z herbem Mulciberów (na którym ciążyło kilka klątw i wspomnienie tej jednej ślubnej przysięgi zawartej z Lorettą) – ciężar fatum przygniatał go nieznośnie, dlatego, nie czekając na zaproszenie, usadowił się wygodnie w fotelu, zapewne należącym do pana domu, nic nie robiąc sobie z drwin kuzyna.
Pozwolił wypowiedzieć Robertowi swoje obawy, nie przerywając nawet na chwilę jego monologu…
…Chyba, że liczyć przeraźliwy odgłos darcia papieru, kiedy powolnym, metodycznym ruchem, wyciągnął z rozłożonej gazety odpowiedni arkusz, i przerwał stronę siódmą na pół, zagłuszając tym większość wypowiedzi krewniaka.
Alexander skupił całą swoją uwagę na odpowiednim składaniu kartki papieru, precyzyjnie zginając ją na pół, i jeszcze raz… Pozwolił przez chwilę wybrzmieć ciszy, aż wreszcie podniósł oczy z powrotem na Roberta. Cały czas obracał w rękach kartkę papieru, dokonując kolejnych ulepszeń w powstającej konstrukcji.
- Masz rację. – odezwał się w końcu.
To były zapewne ostatnie słowa, jakich ze strony Alexandra spodziewał się dzisiaj Robert.
– Ale nie zaprowadzisz porządku, wykupując tych sześciu stron Proroka, poprzedzających sensacyjny artykuł o naszym krewniaku, tylko po to, by wydrukowali na nich drukowanymi literami: „nie mam z tym nic wspólnego” – powiedział powoli Alex. – Im usilniej będziesz próbował zatuszować całą sprawę – im bardziej będziesz się starał przekonać ludzi, że coś nie jest prawdą – tym większą sensację wywołasz; tym chętniej ludzie będą gadać o upadku Mulciberów, o tym, że jesteśmy rasistami, że wspieramy misję Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać; tym więcej pismaków zacznie grzebać w naszym drzewie genealogicznym, w tajnych archiwach Departamentu Tajemnic, a może nawet w naszych śmieciach – wycedził.
- Nie chcesz tracić czasu? To przejdź, kurwa, do rzeczy. Do tej pory nie powiedziałeś niczego, czego sam bym nie wiedział. Powiedz, że masz plan. Że wiesz, jak wykorzystać całe to zamieszanie, i obrócić je na naszą korzyść. Że w ogóle myślisz.
Rzut PO 1d100 - 68
Sukces!
Sukces!
Robert mógł myśleć, że Alexander dalej był tym samym aroganckim gówniarzem, który nieodłącznie towarzyszył swemu ojcu i bratu podczas rzadkich posiedzeń rodowej starszyzny – w końcu tak jak kiedyś Alex potrafił kompletnie bez emocji rzucić wrednej ciotce w twarz szybką przepowiednią, że nie dożyje tegorocznego Samhain, tak teraz, równie bezczelnie poczynał sobie w obecności Roberta, pozostając doskonale obojętnym na jego śmieszne przytyki – ale Robert musiał też zaakceptować przykrą prawdę, że po śmierci Duncana i tragicznym wypadku Donalda, ten właśnie arogancki gówniarz dorósł, i stał teraz na czele rodu Mulciber (oraz na zdobiącym salonik Roberta eleganckim, jasnym dywanie, który szalenie kusił, by wytrzeć o niego buty).
Robert, oczywiście, nie zamierzał się streszczać.
Niektórym pomaga liczenie na palcach? I kto to mówi? Człowiek, który ma identycznego klona! Nie raz i nie dwa, Alex mrużył w skupieniu oczy, z oddali spoglądając w stronę bliźniaków Mulciber, i razem z równie poirytowaną co i on Dianą próbował dociec, czy mają takie same halucynacje (anam cara vibes!), czy też mają do czynienia z jakąś anomalią, rozszczepieńcem? Jeden, mruczał Alex, pokazując palcem na Roberta. Dwa, uzupełniała Diana, wskazując na Drugiego Roberta. Abominacja, mruczał mężczyzna, a szwagierka tylko przechylała głowę, i wpatrywała się intensywnie w bliźniacze postaci, by ostatecznie zawyrokować: jeden jest przystojniejszy.
Alex nie przyszedł tutaj uczyć się matematyki. Robert nie posiadał żadnych kompetencji w tym polu, bo przecież, kto umie liczyć, liczy na siebie. Niektórym pomaga liczenie na palcach?
Utrzymał niewygodny kontakt wzrokowy. Uśmiechnął się paskudnie.
- Pomoże ci, gdy będziesz wyliczać swoje grzechy przed jego obliczem? – spytał szyderczo Alexander.
Od kiedy tylko Robert skontaktował się z nim listownie w sprawie Juliusa Mulcibera, podejrzewał, że to właśnie kuzyn był odpowiedzialny za wciągnięcie dalekiego krewnego w szeregi śmierciożerców. Skoro nie zrobił tego on, ani nie zrobiła tego Diana, za wciągnięcie innego Mulcibera do służby Voldemorta musiał odpowiadać Robert. A jeżeli Julius nawalił, to czy ten, który go wtajemniczył, nie powinien ponieść konsekwencji…?
Blefował. Oczywiście, że blefował – nie miał pojęcia, jak było naprawdę; nie wiedział nawet, czy Julius rzeczywiście był śmierciożercą – ale nawet nie mrugnął okiem, łapiąc rzuconą w jego gazetę bez żadnego zawahania. Zawsze miał dobry refleks, ale dzięki trzeciemu oku, zobaczył, jak ta leci w jego stronę, zanim jeszcze Robert podrzucił ją w powietrze.
I nie, Alexander nie wiedział o zdradzie Roberta – niespecjalnie go zajmowały potyczki o władzę między śmierciożerską bracią – choć miał jakieś dziwne przeczucie, że właśnie te konkretne słowa wyjątkowo silnie zadziałają na krewniaka, w tym samym momencie, w którym spłynęły mimowolnie z jego ust.
Nie musiał wiedzieć. Axel miał teraz na głowie inne zmartwienia – karta Pustelnika z talii Ambrosii, schowana w kieszeni koszuli, paliła go w pierś, tak samo, jak jego dłoń palił rodowy sygnet z herbem Mulciberów (na którym ciążyło kilka klątw i wspomnienie tej jednej ślubnej przysięgi zawartej z Lorettą) – ciężar fatum przygniatał go nieznośnie, dlatego, nie czekając na zaproszenie, usadowił się wygodnie w fotelu, zapewne należącym do pana domu, nic nie robiąc sobie z drwin kuzyna.
Pozwolił wypowiedzieć Robertowi swoje obawy, nie przerywając nawet na chwilę jego monologu…
…Chyba, że liczyć przeraźliwy odgłos darcia papieru, kiedy powolnym, metodycznym ruchem, wyciągnął z rozłożonej gazety odpowiedni arkusz, i przerwał stronę siódmą na pół, zagłuszając tym większość wypowiedzi krewniaka.
Alexander skupił całą swoją uwagę na odpowiednim składaniu kartki papieru, precyzyjnie zginając ją na pół, i jeszcze raz… Pozwolił przez chwilę wybrzmieć ciszy, aż wreszcie podniósł oczy z powrotem na Roberta. Cały czas obracał w rękach kartkę papieru, dokonując kolejnych ulepszeń w powstającej konstrukcji.
- Masz rację. – odezwał się w końcu.
To były zapewne ostatnie słowa, jakich ze strony Alexandra spodziewał się dzisiaj Robert.
– Ale nie zaprowadzisz porządku, wykupując tych sześciu stron Proroka, poprzedzających sensacyjny artykuł o naszym krewniaku, tylko po to, by wydrukowali na nich drukowanymi literami: „nie mam z tym nic wspólnego” – powiedział powoli Alex. – Im usilniej będziesz próbował zatuszować całą sprawę – im bardziej będziesz się starał przekonać ludzi, że coś nie jest prawdą – tym większą sensację wywołasz; tym chętniej ludzie będą gadać o upadku Mulciberów, o tym, że jesteśmy rasistami, że wspieramy misję Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać; tym więcej pismaków zacznie grzebać w naszym drzewie genealogicznym, w tajnych archiwach Departamentu Tajemnic, a może nawet w naszych śmieciach – wycedził.
- Nie chcesz tracić czasu? To przejdź, kurwa, do rzeczy. Do tej pory nie powiedziałeś niczego, czego sam bym nie wiedział. Powiedz, że masz plan. Że wiesz, jak wykorzystać całe to zamieszanie, i obrócić je na naszą korzyść. Że w ogóle myślisz.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat