11.03.2024, 16:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.03.2024, 16:55 przez Rabastan Lestrange.)
— Jak zwykle promieniejsz — skomentował na powitanie, gdy Bella błyskawicznie zbiegła po klatce schodowej, aby zaraz znaleźć się na parterze. — Siostry w domu?
Rozejrzał się na prawo i lewo, chociaż podejrzewał, że gdyby Narcyza i Andromeda faktycznie miały wziąć udział w tym spotkaniu, to już dawno wyszyłyby mu na powitanie. Gdy przeszli do odpowiedniego pokoju na wyższych piętrach Grimmauld Place, Rabastana uderzyło światło bijące przez niezasłonięte okna. To chyba dlatego belle tak promieniała. Ona dosłownie nasiąkała słońcem w tym pokoju. Kompletne przeciwieństwo pogrążonej w ciemnościach komnacie Lestrange'a.
— On zawsze jest głodny — rzucił z dramatycznym westchnieniem, gładząc delikatnie ptasi grzbiet. — Niedługo oprócz sakiewki z drobnymi będę musiał nosić torebkę z nasionami, bo ta maruda zacznie dziobać przechodniów na ulicy. Albo polować na myszy i szczury. — Skrzywił się na samą myśl, że jego kruk miałby jadać jak pierwsze lepsze ptactwo z ulicy. — Jak macie w domu karmę dla sów, to się nada. Wszystko zeżresz, prawda Edgarze?
Czarny jak smoła ptaszor przekręcił łebek i zakrakał potwierdzająco. Zaczął rozglądać się po pokoju panny Black, po czym wskoczył na głowę swojego właściciela, zaczepiając szponami o jego czapkę. Rabastan nie odpędził jednak swego podopiecznego, pozwalając mu zostać w miejscu. Uśmiechnął się nieswojo do Bellatriks, czując dyskomfort, gdy poczuł, że pazury kruka przebiły materiał, zahaczając o jego włosy. Jeszcze chwila i się popruje.
Dopiero gdy w drzwiach pokoju zjawił się tajemniczy gość Belli, kruk stracił zainteresowanie doprowadzaniem do ruiny kapelusza swego pana i spłoszony najściem Ulyssesa poleciał pod sufit, aby zaraz zaszyć się na szafie i stamtąd bacznie ich obserwować.
— Hej! — przywitał się Rabastan, zdejmując czapkę z głowy i odsłaniając gęste blond loki w pełnej krasie. Podał mężczyźnie rękę na powitanie. — Widzę, że jak Bella kogoś zaprasza, to sięga po najlepszych.
Z tego, co kojarzył, Rookwood był od nich starszy o parę lat, toteż nie było zbytnio okazji do tego, żeby ich drogi przecięły się na szkolnych korytarzach. Co innego spotkania socjety, na których brylowali czystokrwiści. Tam już zdecydowanie się minęli przynajmniej parę razy. Poza tym, kto nie kojarzył młodych Rookwoodów, chociażby ze słyszenia?
Rozejrzał się na prawo i lewo, chociaż podejrzewał, że gdyby Narcyza i Andromeda faktycznie miały wziąć udział w tym spotkaniu, to już dawno wyszyłyby mu na powitanie. Gdy przeszli do odpowiedniego pokoju na wyższych piętrach Grimmauld Place, Rabastana uderzyło światło bijące przez niezasłonięte okna. To chyba dlatego belle tak promieniała. Ona dosłownie nasiąkała słońcem w tym pokoju. Kompletne przeciwieństwo pogrążonej w ciemnościach komnacie Lestrange'a.
— On zawsze jest głodny — rzucił z dramatycznym westchnieniem, gładząc delikatnie ptasi grzbiet. — Niedługo oprócz sakiewki z drobnymi będę musiał nosić torebkę z nasionami, bo ta maruda zacznie dziobać przechodniów na ulicy. Albo polować na myszy i szczury. — Skrzywił się na samą myśl, że jego kruk miałby jadać jak pierwsze lepsze ptactwo z ulicy. — Jak macie w domu karmę dla sów, to się nada. Wszystko zeżresz, prawda Edgarze?
Czarny jak smoła ptaszor przekręcił łebek i zakrakał potwierdzająco. Zaczął rozglądać się po pokoju panny Black, po czym wskoczył na głowę swojego właściciela, zaczepiając szponami o jego czapkę. Rabastan nie odpędził jednak swego podopiecznego, pozwalając mu zostać w miejscu. Uśmiechnął się nieswojo do Bellatriks, czując dyskomfort, gdy poczuł, że pazury kruka przebiły materiał, zahaczając o jego włosy. Jeszcze chwila i się popruje.
Dopiero gdy w drzwiach pokoju zjawił się tajemniczy gość Belli, kruk stracił zainteresowanie doprowadzaniem do ruiny kapelusza swego pana i spłoszony najściem Ulyssesa poleciał pod sufit, aby zaraz zaszyć się na szafie i stamtąd bacznie ich obserwować.
— Hej! — przywitał się Rabastan, zdejmując czapkę z głowy i odsłaniając gęste blond loki w pełnej krasie. Podał mężczyźnie rękę na powitanie. — Widzę, że jak Bella kogoś zaprasza, to sięga po najlepszych.
Z tego, co kojarzył, Rookwood był od nich starszy o parę lat, toteż nie było zbytnio okazji do tego, żeby ich drogi przecięły się na szkolnych korytarzach. Co innego spotkania socjety, na których brylowali czystokrwiści. Tam już zdecydowanie się minęli przynajmniej parę razy. Poza tym, kto nie kojarzył młodych Rookwoodów, chociażby ze słyszenia?