11.12.2022, 22:29 ✶
- No nie wiem, wspomnienie o propozycji to jeszcze nie właściwa propozycja, ani, tym bardziej, pytanie – stwierdziła, wyraźnie przekomarzając się z Brenną. Kolejny kamyczek do ogródka kontrastu, dysonansu, jaki tkwił w całej tej sytuacji. Sielanka zderzająca się z ponurością rzeczywistości.
Wyspa ciepła na morzu ciemności.
Niemalże dosłownie, bowiem w mieszkaniu Bonesówny faktycznie było ciepło, a pogoda za oknem pozostawiała wiele do życzenia. Z czasem zaś, miała pozostawiać jeszcze więcej. Tyle że deszcz zamieni się na śnieg, na śnieg zaś jakoś patrzyło się nieco łaskawszym okiem, zwłaszcza w okolicach Yule; w końcu co to za święta bez wszechobecnej, skrzącej bieli, bez lepionych bałwanów, bez rzucania się śnieżkami i budowania fortów…?
- Całkiem sporo odeszło, gdy Leach został ministrem – wymruczała z zadumą w głosie, cofając się w czasie, grzebiąc we wspomnieniach – Ale tak, wciąż tych czystej krwi nie będzie mało. I tak, Malfoyów nawet w pierwszej kolejności podejrzewałabym o sprzyjanie Voldemortowi, zaraz po nich Blackowie... – skrzywiła się nieznacznie. Nie byli jedynymi, którzy dbali o czystość krwi, traktując tym samym pozostałych jakby byli kimś gorszym, podrzędnej kategorii. Co przecież nie było prawdą, nie mogło być – krew to tylko krew, najważniejsze zaś to, co miało się w łepetynie. Czyny, nie słowa, to prawdziwie świadczyło o człowieku. Nie pochodzenie.
- Tooo… swoją drogą – zgodziła niemalże natychmiast z kuzynką. Bo wtedy po co zwoływać? Inicjatywa przeciwnika sama by się wtedy zawaliła, rozsypała niczym domek z kart i jedyne, co wkrótce po niej by pozostało, to pamięć o tych wydarzeniach. I może jeszcze artykuły w gazetach, a kiedyś – jedynie rozdziały w księgach historycznych.
Albo nawet i to nie, może by imię Voldemorta przepadło koniec końców w pomroce dziejów, stało się jedynie popiołem na językach, którego posmak by się rozmył i został zastąpiony zupełnie innym. Tak jak chociażby w tej chwili, kiedy słodycz czekolady zdawała się pomniejszać ciążące nad ich głowami problemy, rozjaśniać ponury dzień.
- Gdzieżbym śmiała o tym zapomnieć – rzuciła lekko. Otuliła mocniej kubek dłońmi, pociągnęła niewielki łyk czekolady; gorącej, niemalże parzącej. Słodkiej, rozgrzewającej, rozleniwiającej niemalże. Czas zdawał się na chwilę zatrzymać, zawiesić; wszelkie niebezpieczeństwa jawiły się wręcz jako nierealne.
- Nooo, tak, chyba że nie chcesz? Wiesz, tak mogę narysować, że nic, tylko wsadzić w ramkę i powiesić na ścianie. Nad kominkiem, co ty na to? – zażartowała, po czym spoważniała. Tak, pewne kwestie były aż nadto oczywiste, takie jak zachowanie milczenia, chociażby. Stanowiłoby to w końcu swoiste odkrycie kart, naraziło na ściągnięcie niechcianej uwagi – Oczywiście, ani słowa – obiecała szczerze.
Rozmowa nad czekoladą trwała jeszcze przez długą chwilę; opróżnienie kubków i wchłonięcie pianek nie było takie szybkie, ale i też żadnej z kobiet raczej się nie spieszyło. Jakkolwiek by nie patrzeć, nic nie trwało wiecznie – toteż gdy w kubkach pojawiło się dno i nie ostała się ani jedna pianka, gdy powiedziano wszystko, co w tej chwili należało powiedzieć, wśród ścian tego mieszkania znów pozostała tylko jedna osoba.
Wyspa ciepła na morzu ciemności.
Niemalże dosłownie, bowiem w mieszkaniu Bonesówny faktycznie było ciepło, a pogoda za oknem pozostawiała wiele do życzenia. Z czasem zaś, miała pozostawiać jeszcze więcej. Tyle że deszcz zamieni się na śnieg, na śnieg zaś jakoś patrzyło się nieco łaskawszym okiem, zwłaszcza w okolicach Yule; w końcu co to za święta bez wszechobecnej, skrzącej bieli, bez lepionych bałwanów, bez rzucania się śnieżkami i budowania fortów…?
- Całkiem sporo odeszło, gdy Leach został ministrem – wymruczała z zadumą w głosie, cofając się w czasie, grzebiąc we wspomnieniach – Ale tak, wciąż tych czystej krwi nie będzie mało. I tak, Malfoyów nawet w pierwszej kolejności podejrzewałabym o sprzyjanie Voldemortowi, zaraz po nich Blackowie... – skrzywiła się nieznacznie. Nie byli jedynymi, którzy dbali o czystość krwi, traktując tym samym pozostałych jakby byli kimś gorszym, podrzędnej kategorii. Co przecież nie było prawdą, nie mogło być – krew to tylko krew, najważniejsze zaś to, co miało się w łepetynie. Czyny, nie słowa, to prawdziwie świadczyło o człowieku. Nie pochodzenie.
- Tooo… swoją drogą – zgodziła niemalże natychmiast z kuzynką. Bo wtedy po co zwoływać? Inicjatywa przeciwnika sama by się wtedy zawaliła, rozsypała niczym domek z kart i jedyne, co wkrótce po niej by pozostało, to pamięć o tych wydarzeniach. I może jeszcze artykuły w gazetach, a kiedyś – jedynie rozdziały w księgach historycznych.
Albo nawet i to nie, może by imię Voldemorta przepadło koniec końców w pomroce dziejów, stało się jedynie popiołem na językach, którego posmak by się rozmył i został zastąpiony zupełnie innym. Tak jak chociażby w tej chwili, kiedy słodycz czekolady zdawała się pomniejszać ciążące nad ich głowami problemy, rozjaśniać ponury dzień.
- Gdzieżbym śmiała o tym zapomnieć – rzuciła lekko. Otuliła mocniej kubek dłońmi, pociągnęła niewielki łyk czekolady; gorącej, niemalże parzącej. Słodkiej, rozgrzewającej, rozleniwiającej niemalże. Czas zdawał się na chwilę zatrzymać, zawiesić; wszelkie niebezpieczeństwa jawiły się wręcz jako nierealne.
- Nooo, tak, chyba że nie chcesz? Wiesz, tak mogę narysować, że nic, tylko wsadzić w ramkę i powiesić na ścianie. Nad kominkiem, co ty na to? – zażartowała, po czym spoważniała. Tak, pewne kwestie były aż nadto oczywiste, takie jak zachowanie milczenia, chociażby. Stanowiłoby to w końcu swoiste odkrycie kart, naraziło na ściągnięcie niechcianej uwagi – Oczywiście, ani słowa – obiecała szczerze.
Rozmowa nad czekoladą trwała jeszcze przez długą chwilę; opróżnienie kubków i wchłonięcie pianek nie było takie szybkie, ale i też żadnej z kobiet raczej się nie spieszyło. Jakkolwiek by nie patrzeć, nic nie trwało wiecznie – toteż gdy w kubkach pojawiło się dno i nie ostała się ani jedna pianka, gdy powiedziano wszystko, co w tej chwili należało powiedzieć, wśród ścian tego mieszkania znów pozostała tylko jedna osoba.
Koniec sesji
472/2077