11.03.2024, 19:40 ✶
Brenna zasadniczo nie spodziewała się kłopotów. Ruiny były od lat opuszczone. Jasmine ewidentnie odwiedzała je regularnie i nigdy nic się jej nie stało. Widziały, jak przełamywała zabezpieczenia. Jeżeli nawet w podziemiach siedział duch, to duchy rzadko były niebezpieczne.
Nie spodziewała się, ale i tak była na nie gotowa. Kłopoty zdawały się bowiem bardzo ją lubić, i Brenna chyba bez zdziwienia przyjęłaby, gdyby akurat w chwili, w której one zejdą do podziemi, piętro postanowiło zawalić się nad ich głowami.
- Chyba wolałabym, żeby go tam nie było - przyznała Brenna, powoli ruszając w dół wzgórza, ku zamkowi. Miała na sobie spodnie i solidne buty, a na plecach niewielki plecak: też nie zabierała ze sobą nie wiadomo czego, bo to była przecież krótka wycieczka, ale lepiej było mieć pod ręką niektóre rzeczy. - Nie bardzo widzę szanse na znalezienie tego prawdziwego naszyjnika, który miałby pomóc Dylanowi odejść, po tylu latach, a jakoś głupio będzie odmówić, jeżeli poprosi o jego znalezienie... - wyznała Olivii. Brenna niezbyt umawiała odmawiać pomocy, obojętnie czy żywym, czy umarłym, ale jednocześnie zwyczajnie nie miała teraz czasu na gonienie przez pół świata i ciemne zakątki Nokturna, w próbie odszukania naszyjnika. Zwłaszcza, że Jase ewidentnie próbowała przez lata - i ostatecznie zamiast niego znalazła własną śmierć.
- Sądząc po wspomnieniu, kazała ukryć go głęboko pod ziemią i zostawić ostrzeżenie, że jest przeklęty... Jej siostrzeniec niczego nie wiedział, więc pozostaje nam mieć nadzieję, że nie wpadnie w niewinne ręce - stwierdziła, przystając przez bramą. Wyjęła różdżką i wyszeptała zaklęcie, najpierw ujawniające, a potem rozpraszające: ot tak, na wszelki wypadek. - Hm... chyba tylko bardzo stare czary odstraszające mugoli - stwierdziła, z odrobiną nieufności w głosie, i zrobił krok, jeden, drugi, trzeci... Nic się jednak nie stało: w ruinach panowała cisza, zakłócana tylko ich głosami i dźwiękami kroków. Nie uaktywniły żadnej pułapki, żadnego zaklęcia. które i po latach mogłoby bronić tego miejsca.
- W sumie zamek leży na uboczu, a w Szkocji pełno jest takich miejsc, i mugolskich, i czarodziejskich... podejrzewam, że przez całe lata ktoś mógł tutaj trafić, ale wątpię, żeby były to tłumy ludzi... - powiedziała Brenna z wahaniem, zatrzymując się na środku dziedzińca. Rozejrzała się, zatrzymując na dłużej wzrok na wieży, a potem jej spojrzenie powędrowało w stronę przejścia, które obrała Jase.
- Głupia myśl - powiedziała, przystając w pół kroku. - Co jeżeli ten duch wpuścił ją w maliny? To znaczy wcale nie pomyliła naszyjnika, a po prostu ten, o którym opowiadał ten Dylan, nigdy nie istniał, i posłał ją na poszukiwania klejnotów obłożonych klątwą? To brzmi prawdopodobnie, czy tylko wpadam w nagłą i niczym nieuzasadnioną paranoję?
Nie spodziewała się, ale i tak była na nie gotowa. Kłopoty zdawały się bowiem bardzo ją lubić, i Brenna chyba bez zdziwienia przyjęłaby, gdyby akurat w chwili, w której one zejdą do podziemi, piętro postanowiło zawalić się nad ich głowami.
- Chyba wolałabym, żeby go tam nie było - przyznała Brenna, powoli ruszając w dół wzgórza, ku zamkowi. Miała na sobie spodnie i solidne buty, a na plecach niewielki plecak: też nie zabierała ze sobą nie wiadomo czego, bo to była przecież krótka wycieczka, ale lepiej było mieć pod ręką niektóre rzeczy. - Nie bardzo widzę szanse na znalezienie tego prawdziwego naszyjnika, który miałby pomóc Dylanowi odejść, po tylu latach, a jakoś głupio będzie odmówić, jeżeli poprosi o jego znalezienie... - wyznała Olivii. Brenna niezbyt umawiała odmawiać pomocy, obojętnie czy żywym, czy umarłym, ale jednocześnie zwyczajnie nie miała teraz czasu na gonienie przez pół świata i ciemne zakątki Nokturna, w próbie odszukania naszyjnika. Zwłaszcza, że Jase ewidentnie próbowała przez lata - i ostatecznie zamiast niego znalazła własną śmierć.
- Sądząc po wspomnieniu, kazała ukryć go głęboko pod ziemią i zostawić ostrzeżenie, że jest przeklęty... Jej siostrzeniec niczego nie wiedział, więc pozostaje nam mieć nadzieję, że nie wpadnie w niewinne ręce - stwierdziła, przystając przez bramą. Wyjęła różdżką i wyszeptała zaklęcie, najpierw ujawniające, a potem rozpraszające: ot tak, na wszelki wypadek. - Hm... chyba tylko bardzo stare czary odstraszające mugoli - stwierdziła, z odrobiną nieufności w głosie, i zrobił krok, jeden, drugi, trzeci... Nic się jednak nie stało: w ruinach panowała cisza, zakłócana tylko ich głosami i dźwiękami kroków. Nie uaktywniły żadnej pułapki, żadnego zaklęcia. które i po latach mogłoby bronić tego miejsca.
- W sumie zamek leży na uboczu, a w Szkocji pełno jest takich miejsc, i mugolskich, i czarodziejskich... podejrzewam, że przez całe lata ktoś mógł tutaj trafić, ale wątpię, żeby były to tłumy ludzi... - powiedziała Brenna z wahaniem, zatrzymując się na środku dziedzińca. Rozejrzała się, zatrzymując na dłużej wzrok na wieży, a potem jej spojrzenie powędrowało w stronę przejścia, które obrała Jase.
- Głupia myśl - powiedziała, przystając w pół kroku. - Co jeżeli ten duch wpuścił ją w maliny? To znaczy wcale nie pomyliła naszyjnika, a po prostu ten, o którym opowiadał ten Dylan, nigdy nie istniał, i posłał ją na poszukiwania klejnotów obłożonych klątwą? To brzmi prawdopodobnie, czy tylko wpadam w nagłą i niczym nieuzasadnioną paranoję?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.