11.03.2024, 22:04 ✶
- Dlaczego? - zapytała szczerze zdziwiona. Myślała, że Brenna ekscytuje się na samą myśl o tym, by porozmawiać z duchem-Dylanem tak, jak ona. Ale wyglądało na to, że się pomyliła. Czy może Longbottom zakładała bardziej pesymistyczny scenariusz? Ruda łypnęła na nią z ciekawością. Nie wyglądała na pesymistkę, nie dała się też jej nigdy poznać od takiej strony. Ale... Była realistką, podczas gdy Olivia pozostawała optymistką-marzycielką. Być może faktycznie pokładała w tej miłosnej historii zbyt duże nadzieje.
- Słuchaj, ten naszyjnik to najlepiej by było zniszczyć. Ale nie uważam, żeby grzebanie w ruinach czy szlajanie się po Nokturnie było mądrym pomysłem, więc tak między nami to ucieszyłabym się, gdyby faktycznie Jasie zakopała go gdzieś albo wrzuciła do morza, obciążonego kamieniami. Niech tam gnije i nikomu już nie wadzi - przyznała jej rację, bo chociaż naprawdę wolałaby, by ten przeklęty naszyjnik nie wpadł w niczyje ręce, to nie chciała również, by wpadł w jej łapy. Ani łapy Brenny, chociaż ta przecież mogła go przetransportować do Ministerstwa. Bo Ministerstwo chyba zajmowało się takimi rzeczami? A może nie... Nie no. Musiało. Wspomnienia były nieco niejasne, bo jakoś podskórnie czuła, że być może istniała taka tyci, tyci szansa że faktycznie istniał prawdziwy naszyjnik, kopia tego przeklętego, który mógł uwolnić Dylana. Ale to, co powiedziała teraz koleżanka sprawiło, że Olivia odrobinę zwolniła. - Nie no, teraz to chyba przesadzasz, Bren. Przecież widziałyśmy wspomnienia, czemu miałby to robić? Przecież się kochali?
Chociaż czy duchy mogły kochać po śmierci? Czy zakończenie ich życia nie wzmacniało uczuć, które mieli przed śmiercią? Nie znała się na tym, nie pomyślała. A co, jeżeli Brenna miała rację?
- Nie, to niemożliwe. Powinnaś uwierzyć w prawdziwą miłość aż po grób... Albo po Limbo czy quasi-rzeczywistość - mimo że starała się, by jej głos brzmiał pewnie i optymistycznie, to odruchowo sięgnęła do kieszeni kurtki po paczkę papierosów. W Szkocji było zimniej niż w Anglii, dobrze że ją wzięła. Była cienka, przewiewna, a jednocześnie elastyczna więc w razie czego mogłaby ją upchnąć w plecaku. Quirke wyciągnęła papierosa z paczki i odpaliła go tylko trochę drżącą ręką. Miała rzucić, ale kiepsko jej to szło. Mimo że paliła dużo, dużo mniej niż kiedyś, to jednak papierosy nadal były obecne w jej życiu. No cóż... Kiedyś jej się uda. - Pamiętam jak przez mgłę, ale gdzieś na dziedzińcu były runy, które uruchomiła Jasie, prawda? Gdzieś przy murku, który chyba kiedyś był fontanną. Takie miejsca zawsze mają fontanny. Ta pewnie była kiczowata, z lwem albo łabędziem. Duża i kamienna.
Olivia gadała jak najęta, jak zwykle, ale gdy ten strumień świadomości wylatywał z jej ust, to nie zatrzymywała się. I, prawdę mówiąc, nie bardzo patrzyła pod nogi. Jasie otworzyła przejście, wcześniej chyba trochę się kręciła po zamku. Na szczęście rudej, ta nie wpadła do dziury - to była specjalność Brenny. Ale potknęła się o kamień.
- Um... Może pójdziesz przodem? Wiesz, masz większe doświadczenie i tak dalej.
- Słuchaj, ten naszyjnik to najlepiej by było zniszczyć. Ale nie uważam, żeby grzebanie w ruinach czy szlajanie się po Nokturnie było mądrym pomysłem, więc tak między nami to ucieszyłabym się, gdyby faktycznie Jasie zakopała go gdzieś albo wrzuciła do morza, obciążonego kamieniami. Niech tam gnije i nikomu już nie wadzi - przyznała jej rację, bo chociaż naprawdę wolałaby, by ten przeklęty naszyjnik nie wpadł w niczyje ręce, to nie chciała również, by wpadł w jej łapy. Ani łapy Brenny, chociaż ta przecież mogła go przetransportować do Ministerstwa. Bo Ministerstwo chyba zajmowało się takimi rzeczami? A może nie... Nie no. Musiało. Wspomnienia były nieco niejasne, bo jakoś podskórnie czuła, że być może istniała taka tyci, tyci szansa że faktycznie istniał prawdziwy naszyjnik, kopia tego przeklętego, który mógł uwolnić Dylana. Ale to, co powiedziała teraz koleżanka sprawiło, że Olivia odrobinę zwolniła. - Nie no, teraz to chyba przesadzasz, Bren. Przecież widziałyśmy wspomnienia, czemu miałby to robić? Przecież się kochali?
Chociaż czy duchy mogły kochać po śmierci? Czy zakończenie ich życia nie wzmacniało uczuć, które mieli przed śmiercią? Nie znała się na tym, nie pomyślała. A co, jeżeli Brenna miała rację?
- Nie, to niemożliwe. Powinnaś uwierzyć w prawdziwą miłość aż po grób... Albo po Limbo czy quasi-rzeczywistość - mimo że starała się, by jej głos brzmiał pewnie i optymistycznie, to odruchowo sięgnęła do kieszeni kurtki po paczkę papierosów. W Szkocji było zimniej niż w Anglii, dobrze że ją wzięła. Była cienka, przewiewna, a jednocześnie elastyczna więc w razie czego mogłaby ją upchnąć w plecaku. Quirke wyciągnęła papierosa z paczki i odpaliła go tylko trochę drżącą ręką. Miała rzucić, ale kiepsko jej to szło. Mimo że paliła dużo, dużo mniej niż kiedyś, to jednak papierosy nadal były obecne w jej życiu. No cóż... Kiedyś jej się uda. - Pamiętam jak przez mgłę, ale gdzieś na dziedzińcu były runy, które uruchomiła Jasie, prawda? Gdzieś przy murku, który chyba kiedyś był fontanną. Takie miejsca zawsze mają fontanny. Ta pewnie była kiczowata, z lwem albo łabędziem. Duża i kamienna.
Olivia gadała jak najęta, jak zwykle, ale gdy ten strumień świadomości wylatywał z jej ust, to nie zatrzymywała się. I, prawdę mówiąc, nie bardzo patrzyła pod nogi. Jasie otworzyła przejście, wcześniej chyba trochę się kręciła po zamku. Na szczęście rudej, ta nie wpadła do dziury - to była specjalność Brenny. Ale potknęła się o kamień.
- Um... Może pójdziesz przodem? Wiesz, masz większe doświadczenie i tak dalej.