11.12.2022, 23:59 ✶
Pierwsza Ostara, odkąd wróciła z zaświatów.
Rozum podpowiadał, że może niekoniecznie to było rozsądne, pojawiać się na dobrze znanych grobach, w których zresztą nawet nie było ciał. Wyryte w kamieniu imiona przypominały o istnieniu tych, co dali życie Stewardowi i… tyle. Groby stały puste. A jednak jednocześnie miały swoje znaczenie.
Głównie dla niego, dla Patricka, a przez to i dla niej samej – latami stawała u jego boku w ten szczególny dzień. Dzień, który powinien być wypełniony śmiechem, radością z okazji zwycięstwa światła nad ciemnością, pożegnania zimy. Powinien – a jednak w tym konkretnym przypadku niósł ze sobą zadumę i cień.
Nie było to rozsądne, zdecydowanie, groziło spotkaniem twarzą w twarz z – jakkolwiek by nie patrzeć – miłością życia. Taka nie zdarzała się co dzień; w końcu mało kto wracał ze świata pomiędzy, mało kto miał powód na tyle potężny, by wyrwać się z objęć Śmierci. Jednakże tkwiła w innym ciele i, co gorsza, jak się przekonała podczas jednej z akcji – trwali po dwóch stronach barykady.
Swojej strony, oczywiście, nie wybrała; uczyniła to ta, której ciało zajęła. Piętno na skórze nie pozostawało żadnych złudzeń co do tego, kim była Alanna co jednocześnie stwarzało ogromne niebezpieczeństwo dla niej samej, Clare. Nie mogła ot tak skontaktować się z Patrickiem, jeśli nie chciała ściągnąć na siebie niepożądanej uwagi, zagrozić – przede wszystkim jemu.
Groziło to spotkaniem – a tym samym wiązało się z niepewnością, czy będzie potrafiła utrzymać maskę Carrow, czy wytrzyma ten ból bycia tak blisko, a jednocześnie tak daleko od niego, jak to było możliwe. Może kiedyś. Może kiedyś uda się w końcu do niego zbliżyć bez wzbudzania podejrzeń… tylko czy uwierzy? Czy nie pomyśli, że to jakiś mało śmieszny żart? Albo… mogła wymieniać długo. Strach przed odrzuceniem był równie silny, co strach przed narażeniem mężczyzny; zresztą, widziała go już wcześniej. Nie był sam i nie mogła pozbyć się wrażenia, że chyba zaczął sobie układać życie z kimś innym – czy miała prawo wchodzić teraz z butami w jego życie, zniszczyć to, co budował?
Rozum dobrze podpowiadał. Ale serce opierało się wszystkim argumentom, przywoływało do tego miejsca. Niczym ćma lecąca do ognia; w ten sposób mogła być w jakiś sposób bliżej niego, choć dzieliło ich tak wiele. Śmierć, nowa partnerka, strony, po których stali.
Dlatego też znalazła się tu, na cmentarzu, niosąc ze sobą pojedynczy kwiat białej lilii, który złożyła przed nagrobkiem. Tego też nie powinna była robić; należało nie pozostawiać po sobie żadnego śladu.
Krzyk ptaka wyrwał z zadumy, jaką wpadła, gdy tak wpatrywała się w wyryte litery. Spędziła tu zbyt długo czasu, o wiele za długo. Musiała odejść.
Postawiła kołnierz płaszcza pochylając głowę i wsunęła dłonie w kieszenie. Kolejny błąd – powinna była się teleportować, nie zaś urządzać sobie spacer w stronę wyjścia ze cmentarza. Błąd za błędem.
Tyle że chyba chciała je popełnić.
Niemalże zapomniała oddychać, gdy zamajaczyła jej nazbyt znana sylwetka. Czyli – była jednak przed nim. Zacisnęła mocno dłonie, nie wyciągając ich z kieszeni. Teraz musiała po prostu iść, jak gdyby nigdy nic, wyminąć go, jak całkiem obcego człowieka, którego nigdy na oczy nie widziała.
Mimo że serce płakało.
Mimo że wyrywała się do niego każda cząstka jej duszy, mimo że wewnątrz łkała, nie mogąc spełnić swych pragnień.
Musiała. To tylko parę kroków. Tak, parę kroków i zniknie jej z pola widzenia…
… do czasu, w którym pojawi się gdzieś we względnym pobliżu, żeby móc poobserwować przez parę choćby chwil, jak przez ostatnie miesiące.
Rozum podpowiadał, że może niekoniecznie to było rozsądne, pojawiać się na dobrze znanych grobach, w których zresztą nawet nie było ciał. Wyryte w kamieniu imiona przypominały o istnieniu tych, co dali życie Stewardowi i… tyle. Groby stały puste. A jednak jednocześnie miały swoje znaczenie.
Głównie dla niego, dla Patricka, a przez to i dla niej samej – latami stawała u jego boku w ten szczególny dzień. Dzień, który powinien być wypełniony śmiechem, radością z okazji zwycięstwa światła nad ciemnością, pożegnania zimy. Powinien – a jednak w tym konkretnym przypadku niósł ze sobą zadumę i cień.
Nie było to rozsądne, zdecydowanie, groziło spotkaniem twarzą w twarz z – jakkolwiek by nie patrzeć – miłością życia. Taka nie zdarzała się co dzień; w końcu mało kto wracał ze świata pomiędzy, mało kto miał powód na tyle potężny, by wyrwać się z objęć Śmierci. Jednakże tkwiła w innym ciele i, co gorsza, jak się przekonała podczas jednej z akcji – trwali po dwóch stronach barykady.
Swojej strony, oczywiście, nie wybrała; uczyniła to ta, której ciało zajęła. Piętno na skórze nie pozostawało żadnych złudzeń co do tego, kim była Alanna co jednocześnie stwarzało ogromne niebezpieczeństwo dla niej samej, Clare. Nie mogła ot tak skontaktować się z Patrickiem, jeśli nie chciała ściągnąć na siebie niepożądanej uwagi, zagrozić – przede wszystkim jemu.
Groziło to spotkaniem – a tym samym wiązało się z niepewnością, czy będzie potrafiła utrzymać maskę Carrow, czy wytrzyma ten ból bycia tak blisko, a jednocześnie tak daleko od niego, jak to było możliwe. Może kiedyś. Może kiedyś uda się w końcu do niego zbliżyć bez wzbudzania podejrzeń… tylko czy uwierzy? Czy nie pomyśli, że to jakiś mało śmieszny żart? Albo… mogła wymieniać długo. Strach przed odrzuceniem był równie silny, co strach przed narażeniem mężczyzny; zresztą, widziała go już wcześniej. Nie był sam i nie mogła pozbyć się wrażenia, że chyba zaczął sobie układać życie z kimś innym – czy miała prawo wchodzić teraz z butami w jego życie, zniszczyć to, co budował?
Rozum dobrze podpowiadał. Ale serce opierało się wszystkim argumentom, przywoływało do tego miejsca. Niczym ćma lecąca do ognia; w ten sposób mogła być w jakiś sposób bliżej niego, choć dzieliło ich tak wiele. Śmierć, nowa partnerka, strony, po których stali.
Dlatego też znalazła się tu, na cmentarzu, niosąc ze sobą pojedynczy kwiat białej lilii, który złożyła przed nagrobkiem. Tego też nie powinna była robić; należało nie pozostawiać po sobie żadnego śladu.
Krzyk ptaka wyrwał z zadumy, jaką wpadła, gdy tak wpatrywała się w wyryte litery. Spędziła tu zbyt długo czasu, o wiele za długo. Musiała odejść.
Postawiła kołnierz płaszcza pochylając głowę i wsunęła dłonie w kieszenie. Kolejny błąd – powinna była się teleportować, nie zaś urządzać sobie spacer w stronę wyjścia ze cmentarza. Błąd za błędem.
Tyle że chyba chciała je popełnić.
Niemalże zapomniała oddychać, gdy zamajaczyła jej nazbyt znana sylwetka. Czyli – była jednak przed nim. Zacisnęła mocno dłonie, nie wyciągając ich z kieszeni. Teraz musiała po prostu iść, jak gdyby nigdy nic, wyminąć go, jak całkiem obcego człowieka, którego nigdy na oczy nie widziała.
Mimo że serce płakało.
Mimo że wyrywała się do niego każda cząstka jej duszy, mimo że wewnątrz łkała, nie mogąc spełnić swych pragnień.
Musiała. To tylko parę kroków. Tak, parę kroków i zniknie jej z pola widzenia…
… do czasu, w którym pojawi się gdzieś we względnym pobliżu, żeby móc poobserwować przez parę choćby chwil, jak przez ostatnie miesiące.
560