11.03.2024, 23:32 ✶
Prychnął rozbawiony na sugestie, że chciałby się zabić. Oko zamknął, bo pająk aż tak go nie interesował, aby go oglądać, z resztą, oczy cały czas go piekły, dzisiaj miał dość drobiazgową robotę przy prototypie szafki i po prostu chciał dać sobie przestrzeń do odpoczynku.
– Widma poruszają się w obrębie drzew. Gdybym chciał umrzeć, to pozostałbym w domu, w sercu Kniei. A tak widzisz, tułam się po Dolinie, czekając, aż lepsi czarodzieje się tym zajmą i zrobią porządek... – Był zły na siebie, że wtedy, kiedy rzeczywiście ekipy działały i wchodziły do lasu, on żył zgodnie z maksymą otrzymaną od matki:
Nie angażuj się
Teraz dojrzał do tego by działać, by iść, szukać, przeganiać widma... Teraz trzeba było czekać, bo zupełnie kto inny, gdzie indziej pociągał za sznurki.
– No no, pokrzywa, ale uważaj, żeby to nie była paraponera clavata – pouczył go lekko, z taką sama lekkością z jaką przemienił notes w skrzyp. Cóż, kto wie jak potoczyłyby się losy Samuela, gdyby jednak poszedł do Hogwartu i miał okazję być odkrytym diamentem, później oszlifowanym. Kto wie, czy rozmawialiby teraz, czy może McGonagall jak dziadek zbierałby materiały do kolejnej książki wydanej jeszcze przed 30.
A tak leżał tu, pośród szumiących coraz głośniej barwnych traw. W powietrzy pachniało zmierzchem i wzmagającym ozonem. Burza... Niedługo trzeba będzie wrócić.
– To stara sprawa, myślałem, że zamknąłem ją lata temu, ale chyba nie. – mruknął niechetnie, bo choć nie miał ochoty zwierzać się nieznajomemu, chociaż absolutnie obiecywał sobie że NIKOMU nie będzie mówić, co zaszło między nim, a Norą... to jednak nie miał w zwyczaju kłamać. – Czasem tak jest... że co się przydarzy, to zostaje z nami już na zawsze. Nie wiem, jak inni mogą z taką łatwością uwalniać się od myśli, od uczuć...
– Widma poruszają się w obrębie drzew. Gdybym chciał umrzeć, to pozostałbym w domu, w sercu Kniei. A tak widzisz, tułam się po Dolinie, czekając, aż lepsi czarodzieje się tym zajmą i zrobią porządek... – Był zły na siebie, że wtedy, kiedy rzeczywiście ekipy działały i wchodziły do lasu, on żył zgodnie z maksymą otrzymaną od matki:
Nie angażuj się
Teraz dojrzał do tego by działać, by iść, szukać, przeganiać widma... Teraz trzeba było czekać, bo zupełnie kto inny, gdzie indziej pociągał za sznurki.
– No no, pokrzywa, ale uważaj, żeby to nie była paraponera clavata – pouczył go lekko, z taką sama lekkością z jaką przemienił notes w skrzyp. Cóż, kto wie jak potoczyłyby się losy Samuela, gdyby jednak poszedł do Hogwartu i miał okazję być odkrytym diamentem, później oszlifowanym. Kto wie, czy rozmawialiby teraz, czy może McGonagall jak dziadek zbierałby materiały do kolejnej książki wydanej jeszcze przed 30.
A tak leżał tu, pośród szumiących coraz głośniej barwnych traw. W powietrzy pachniało zmierzchem i wzmagającym ozonem. Burza... Niedługo trzeba będzie wrócić.
– To stara sprawa, myślałem, że zamknąłem ją lata temu, ale chyba nie. – mruknął niechetnie, bo choć nie miał ochoty zwierzać się nieznajomemu, chociaż absolutnie obiecywał sobie że NIKOMU nie będzie mówić, co zaszło między nim, a Norą... to jednak nie miał w zwyczaju kłamać. – Czasem tak jest... że co się przydarzy, to zostaje z nami już na zawsze. Nie wiem, jak inni mogą z taką łatwością uwalniać się od myśli, od uczuć...