12.03.2024, 00:39 ✶
Wywrócił teatralnie oczami, gdy próbowała go wziąć pod włos. Jakby znali się od wczoraj, phi.
— Dobrze wiesz, że nie mamy — potwierdził automatycznie, bo to nie do końca był sekret. — To po prostu kwestia spornych lojalności. Czasem trzymanie języka za zębami jest jak przysługa dla świata, bo wtedy wszystkim żyje się nieco lżej. — Uśmiechnął się półgębkiem, z trudem powstrzymując się przed tym, aby nie zacząć jakiegoś filozoficznego wykładu. — A ciebie paru dodatkowych klientów raczej nie zaboli, czyż nie?
Chyba tylko rozreklamowanie klubokawiarni Norcia zawdzięczała Longbottomom. W gruncie rzeczy ich pochwały niewiele by zdziałały, gdyby panna Figg nie włożyła całego swojego serca i duszy w ten projekt. Bądź co bądź, zainwestowanie w lokal w centrum magicznej dzielnicy było ryzykiem samym w sobie, jednak jak na razie wszystko wskazywało na to, że wyszła z tego starcia obronną ręką. Nie wszyscy potrafili tak dobrze zarządzać nowym biznesem.
— Akurat z dziećmi poradziłaś sobie bez mojej asysty. I bogom niech będą dzięki. — Pokręcił głową, odsuwając raporty na bok. Musiał pogodzić się z tym, że tak długo, jak była tu Nora, to zbytnio sobie nie popracuje. Cóż, będzie nadrabiał pod wieczór, kiedy słońce zacznie chować się za horyzontem. — Trzeba cieszyć się tym, co mamy. Za dużego wyboru i tak nam świat nie daje.
Akurat likantropia raczej nie miała zbyt wiele wspólnego z tym, jak dobrze jego organizm radził sobie z alkoholem. Jeśli już to zawdzięczał to dobrej kondycji fizycznej uzyskanej dzięki latom treningów i pracy w Ministerstwie Magii. Naturalne predyspozycje odziedziczone po starszych krewnych też pomagały, bo przez wysoki wzrost i określoną masę ciała... Alkohol chyba jakoś inaczej się przyswajał. A może po prostu miał w głowie tę jedną szarą komórkę, która wbrew samemu Erikowi nie pozwalała mu się totalnie upodlić po kilku głębszych.
— Mam takie straszne wspomnienie z Hogwartu, kiedy biegasz po szkolnej kuchni z durszlakiem na głowie i wałkiem do ciasta w ręce — przyznał, zaciskając usta w wąską linię, co by ukryć szeroki uśmiech próbujący wedrzeć się na jego twarz. — Jeszcze nosiłaś się wtedy w kucyku. — Wbił wzrok w niewidzialny punkt tuż nad głową panny Figg. — Wyglądałaś wtedy, jakbyś była gotowa zgnieść na miazgę te wszystkie biedne skrzaty, które twierdziły, że nie potrzebują twojej pomocy.
— Dobrze wiesz, że nie mamy — potwierdził automatycznie, bo to nie do końca był sekret. — To po prostu kwestia spornych lojalności. Czasem trzymanie języka za zębami jest jak przysługa dla świata, bo wtedy wszystkim żyje się nieco lżej. — Uśmiechnął się półgębkiem, z trudem powstrzymując się przed tym, aby nie zacząć jakiegoś filozoficznego wykładu. — A ciebie paru dodatkowych klientów raczej nie zaboli, czyż nie?
Chyba tylko rozreklamowanie klubokawiarni Norcia zawdzięczała Longbottomom. W gruncie rzeczy ich pochwały niewiele by zdziałały, gdyby panna Figg nie włożyła całego swojego serca i duszy w ten projekt. Bądź co bądź, zainwestowanie w lokal w centrum magicznej dzielnicy było ryzykiem samym w sobie, jednak jak na razie wszystko wskazywało na to, że wyszła z tego starcia obronną ręką. Nie wszyscy potrafili tak dobrze zarządzać nowym biznesem.
— Akurat z dziećmi poradziłaś sobie bez mojej asysty. I bogom niech będą dzięki. — Pokręcił głową, odsuwając raporty na bok. Musiał pogodzić się z tym, że tak długo, jak była tu Nora, to zbytnio sobie nie popracuje. Cóż, będzie nadrabiał pod wieczór, kiedy słońce zacznie chować się za horyzontem. — Trzeba cieszyć się tym, co mamy. Za dużego wyboru i tak nam świat nie daje.
Akurat likantropia raczej nie miała zbyt wiele wspólnego z tym, jak dobrze jego organizm radził sobie z alkoholem. Jeśli już to zawdzięczał to dobrej kondycji fizycznej uzyskanej dzięki latom treningów i pracy w Ministerstwie Magii. Naturalne predyspozycje odziedziczone po starszych krewnych też pomagały, bo przez wysoki wzrost i określoną masę ciała... Alkohol chyba jakoś inaczej się przyswajał. A może po prostu miał w głowie tę jedną szarą komórkę, która wbrew samemu Erikowi nie pozwalała mu się totalnie upodlić po kilku głębszych.
— Mam takie straszne wspomnienie z Hogwartu, kiedy biegasz po szkolnej kuchni z durszlakiem na głowie i wałkiem do ciasta w ręce — przyznał, zaciskając usta w wąską linię, co by ukryć szeroki uśmiech próbujący wedrzeć się na jego twarz. — Jeszcze nosiłaś się wtedy w kucyku. — Wbił wzrok w niewidzialny punkt tuż nad głową panny Figg. — Wyglądałaś wtedy, jakbyś była gotowa zgnieść na miazgę te wszystkie biedne skrzaty, które twierdziły, że nie potrzebują twojej pomocy.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞