12.12.2022, 02:11 ✶
Pierwsza Ostara, którą próbował obchodzić inaczej niż dotychczas.
I już wiedział, że to raczej nie było dla niego.
Owszem, towarzyszenie Brennie i Mavelle było przyjemne, ale tego dnia jego myśli bezwiednie ulatywały w stronę zmarłych rodziców. To był ten jeden z dwóch dni w roku, kiedy nie nadawał się do udawania błazna. A teraz pomyślał, że może warto było przynieść tu to jedno jedyne czekoladowe jajko, które odnalazł. Mógłby je zostawić rodzicom, chociaż nawet nie wiedział, czy obchodzili Ostarę i czy kiedykolwiek zbierali czekoladowe jajka.
Patrick drogę do grobu znał na pamięć. Jako dziecko zdołał nawet zapamiętać imiona i nazwiska wyryte na mijanych pomnikach. Idąc ścieżką, w większości nadal je pamiętał. Teraz tylko nie miał komu pochwalić się swoją bezużyteczną wiedzą.
Z zaciekawieniem spojrzał na młodą kobietę, która nadchodziła z przeciwnej strony. Nie znał jej, chyba nie kojarzył, choć pewnie powinien. Owszem, była młodsza od niego, ale nie na tyle by nie mogli spotkać się w Hogwarcie. Radosne święta nie były czasem, w którym wielu odwiedzało groby najbliższych. Przed i po już tak, ale nie w ich trakcie. Patrick nawykł do tego, że rzadko spotykał kogokolwiek na cmentarzu. Jako dziecko pojawiał się tu zawsze z babcią (nigdy z dziadkiem). Potem babcię zastąpiła Clare. Najpierw dziewczyna a później kobieta, której naprawdę ufał i którą szczerze kochał. A później Clare umarła i w kalendarzu pojawił się ten nieszczęsny drugi dzień, kiedy nie potrafił udawać błazna.
I zaczął przychodzić sam. Jednocześnie cała wizyta u rodziców nabrała innego charakteru. Za czasów odwiedzin z babcią słuchał jej opowieści. Przy Clare próbował powtarzać słowa babci, ale mieszał je z własnymi myślami i emocjami. Odkąd przychodził sam, wizyta nabrała jeszcze bardziej intymnego znaczenia. Tak, jakby nieświadomie zaczął powielać zachowanie dziadków i ukrywać istnienie rodziców.
Tego dnia chciał po prostu stanąć przed nimi. Opowiedzieć im w myślach o wszystkim, co zalegało w jego głowie a czego nie potrafił wyrazić szkicami i obrazami.
Patrick nie chciał zaczepiać Alanny. I znalazłby mnóstwo powodów, żeby tego nie zrobić. Tu chodziło o zapach, który zostawiła za sobą, gdy go mijała. Bardzo znajomy zapach, od którego szybciej i mocniej biło mu serce.
Przystanął, odruchowo odwracając się za nią. Zapatrzył się na jej plecy, przez chwilę, najwyżej dwie czując złudną nadzieję, że młoda kobieta nie jest aż tak młoda a jej włosy wcale nie są ogniście rude, ale jasne.
- Bardzo ładne perfumy – zawołał, zanim zdołał się powstrzymać. Wiedział jak fatalnie to zabrzmiało. I może chodziło o to, że chciał by się odwróciła. Jakaś jego malutka część chciała uwierzyć, że to Clare przefarbowała włosy, że wcale się nie pokłócili, że nie umarła. Ale ta zdecydowanie większa wiedziała, że właśnie zaczepiał obcą kobietę na cmentarzu i było to nawet nie tyle głupie, co okropnie niestosowne. – Przepraszam, nie powinienem.
I już wiedział, że to raczej nie było dla niego.
Owszem, towarzyszenie Brennie i Mavelle było przyjemne, ale tego dnia jego myśli bezwiednie ulatywały w stronę zmarłych rodziców. To był ten jeden z dwóch dni w roku, kiedy nie nadawał się do udawania błazna. A teraz pomyślał, że może warto było przynieść tu to jedno jedyne czekoladowe jajko, które odnalazł. Mógłby je zostawić rodzicom, chociaż nawet nie wiedział, czy obchodzili Ostarę i czy kiedykolwiek zbierali czekoladowe jajka.
Patrick drogę do grobu znał na pamięć. Jako dziecko zdołał nawet zapamiętać imiona i nazwiska wyryte na mijanych pomnikach. Idąc ścieżką, w większości nadal je pamiętał. Teraz tylko nie miał komu pochwalić się swoją bezużyteczną wiedzą.
Z zaciekawieniem spojrzał na młodą kobietę, która nadchodziła z przeciwnej strony. Nie znał jej, chyba nie kojarzył, choć pewnie powinien. Owszem, była młodsza od niego, ale nie na tyle by nie mogli spotkać się w Hogwarcie. Radosne święta nie były czasem, w którym wielu odwiedzało groby najbliższych. Przed i po już tak, ale nie w ich trakcie. Patrick nawykł do tego, że rzadko spotykał kogokolwiek na cmentarzu. Jako dziecko pojawiał się tu zawsze z babcią (nigdy z dziadkiem). Potem babcię zastąpiła Clare. Najpierw dziewczyna a później kobieta, której naprawdę ufał i którą szczerze kochał. A później Clare umarła i w kalendarzu pojawił się ten nieszczęsny drugi dzień, kiedy nie potrafił udawać błazna.
I zaczął przychodzić sam. Jednocześnie cała wizyta u rodziców nabrała innego charakteru. Za czasów odwiedzin z babcią słuchał jej opowieści. Przy Clare próbował powtarzać słowa babci, ale mieszał je z własnymi myślami i emocjami. Odkąd przychodził sam, wizyta nabrała jeszcze bardziej intymnego znaczenia. Tak, jakby nieświadomie zaczął powielać zachowanie dziadków i ukrywać istnienie rodziców.
Tego dnia chciał po prostu stanąć przed nimi. Opowiedzieć im w myślach o wszystkim, co zalegało w jego głowie a czego nie potrafił wyrazić szkicami i obrazami.
Patrick nie chciał zaczepiać Alanny. I znalazłby mnóstwo powodów, żeby tego nie zrobić. Tu chodziło o zapach, który zostawiła za sobą, gdy go mijała. Bardzo znajomy zapach, od którego szybciej i mocniej biło mu serce.
Przystanął, odruchowo odwracając się za nią. Zapatrzył się na jej plecy, przez chwilę, najwyżej dwie czując złudną nadzieję, że młoda kobieta nie jest aż tak młoda a jej włosy wcale nie są ogniście rude, ale jasne.
- Bardzo ładne perfumy – zawołał, zanim zdołał się powstrzymać. Wiedział jak fatalnie to zabrzmiało. I może chodziło o to, że chciał by się odwróciła. Jakaś jego malutka część chciała uwierzyć, że to Clare przefarbowała włosy, że wcale się nie pokłócili, że nie umarła. Ale ta zdecydowanie większa wiedziała, że właśnie zaczepiał obcą kobietę na cmentarzu i było to nawet nie tyle głupie, co okropnie niestosowne. – Przepraszam, nie powinienem.