• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[29/07/1972] one letter away || erik

[29/07/1972] one letter away || erik
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#1
12.03.2024, 01:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.06.2024, 14:54 przez Mirabella Plunkett.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

—29/07/1972—
Warownia Longbottomów, Dolina Godryka
Erik Longbottom



Wreszcie, po wyczerpującym w wielu aspektach dniu, pozostało mu tylko wrócić do Warowni, odstawić taczkę do skromnego schowka, wspiąć się na piętro i oddać w objęcia Morfeusza (tego boga, nie wuja, na wszystkie świętości). Dziesięć, może piętnaście minut i wszystko się skończy, powtarzał w myślach, jakby ta mantra miała odpędzić zmęczenie. Całą drogę do domu mielił te słowa w swojej głowie, starając się powstrzymywać przyspieszone bicie serca. Na szczęście, w przeciwieństwie do pełnej niebezpieczeństw podróży z Warowni do Karczmy ''U Lizzy'', trasa powrotna okazała się dla Erika aż nazbyt łaskawa. Migające latarnei i pohukiwanie sów z pobliskiego lasu były jedynymi niespodziankami, na jakie trafił.

Gdy miał przy sobie Norę, z którą mógł wymienić choćby kilka słów, Erikowi udawało się trzymać na dystans czarne myśli, które jak cienie kłady się na jego umyśle. Ale teraz, samotnie przemierzając wioskę pogrążoną w ciszy i ciemności, nieświadomie otwierał przed nimi drzwi swojej duszy, zapraszając je do środka jak zmęczonych wędrowców szukających schronienia. O Merlinie, jakże to było nierozważne. Powinien był od razu skłamać, gdy namówił Norę i Morfeusza na grę w prawdę i wyzwanie. Powinien był wymyślić jakąś historię, zamiast serwować im prawdę na srebrnej tacy, jednocześnie rozdrapując stare rany.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio wypowiedział na głos imię Laurence'a. Unikał go, odkąd ten brutalnie przeciął więzy, które ich łączyły, ogłaszając zaręczyny z tym... kobiecym wypłoszem, który wziął się nie wiadomo skąd. Na samą myśl o niej Erik czuł, jak krew zaczyna mu wrzeć. Dla Longbottoma jawiła się jako gwóźdź do trumny jego relacji z Selwynem, w której za młodu pokładał tyle nadziei i marzeń. Ale czy była winna wszystkiemu? Gdyby nie był tak naiwny, gdyby skupił się bardziej na sobie niż na innych, może nie sparzyłby się tak mocno. Zamiast tego doznał tylko poparzeń trzeciego stopnia.

Czas, ten jakże nieuchwytny lekarz, nie zdołał całkowicie uleczyć ran zadanych Erikowi, ale pozwolił mu przynajmniej na trochę zapomnieć o tym, kto wbił mu ostrze w samo serce. Unikał Selwyna jak zarazy, ignorując wszelkie wieści o nim, aż w końcu, gwiazda teatru czarodziejów, która kiedyś tak jasno świeciła, zgasła w mroku zapomnienia. Erik nie był pewien, czy to jego dawny kochanek odsunął się od świata, czy po prostu on sam przestał zwracać na niego uwagę. Nie rozpamiętywał tego, wychodząc z założenia, że przyniosłoby mu to tylko więcej bólu.

Lecz oto stał teraz u podnóża schodów Warowni, dotykając dłonią balustrady, która niegdyś była potężnym drzewem, powalonym w odległej przeszłości i wypolerowanym do ciepłego blasku, by zdobić wnętrze tej dumnej posiadłości... I nie mógł się uwolnić od wspomnień. Koniec jego związku z Selwynem był bolesny, ale droga do niego... Znośna. Więcej niż znośna. Była dobra, przynosząc mu chwile radości. Ale teraz, każdy idylliczny, kameralny wieczór spędzony w cztery oczy, wydawał się przesiąknięty fałszem. Wyrachowaniem.

Czy Laurence zawsze miał taki plan? Zabawić się nim, pokazać mu świat, stworzyć wspomnienia, które przyćmią jego wady, a gdy już znajdzie odpowiednią kandydatkę na żonę, po prostu się odciąć, bez słowa wyjaśnień? Chyba nawet pracownicy domów publicznych są traktowani z większym szacunkiem, skomentował bezgłośnie, jednak zaraz wzdrygnął się na tę myśl, zamykając za sobą drzwi swojego pokoju. Nie, nie powinien tak na to patrzeć. W ogóle nie powinien o tym myśleć. Dwudziestokilkuletni Erik mógł być ofiarą niespełnionej miłości, ale ten prawie trzydziestoletni zostawił to dawno za sobą. Na pewno. Chyba. Może.

Przez długi czas wyrzucał sobie, że może po prostu zrobił za mało. Że sam sprowokował tę sytuację. Chyba przywaliłby dawnemu sobie w twarz za takie przemyślenia. To nie on był problemem. Chciał czegoś szczerego, czegoś prawdziwego, czegoś dobrego. Dał z siebie Laurencowi tyle, ile wówczas mógł, a on i tak tym wzgardził. Nawet nie próbował się dogadać, znaleźć wspólnego języka i wyjaśnić całej sytuacji. Jednej nocy mieli wszystko, a rankiem byli dla siebie jak obcy ludzie. I jeszcze musiałem się o tym dowiedzieć z radia, pomyślał Erik, siadając niezdarnie na podłodze, opierając się o bok łóżka.

Pogrążona w mroku sypialnia wyglądała na nienapoczętą od tygodni, chociaż Erik przeleżał tu ostatnie kilka dni, dochodząc do siebie po dosyć nieprzyjemnej pełni. Malwa musiała zrobić tu gruntowne porządki i przewietrzyć pokój, kiedy postanowił wyściubić nos za drzwi. W końcu, zanim wyszedł, pościel była cała pomarszczona i mokra od potu, a poduszki leżały porozwalane po całym łóżku. Musiał miotać się wówczas pośród pierzyn, przewracając z jednego boku na drugi, próbując zmusić umysł do tego, aby dał się posłać w krainę snów. Dzisiaj chyba nie pójdzie mu o wiele lepiej.

Spojrzenie Longbottoma przykuła jedna z dolnych szafek, w której trzymał sporo rzeczy ze szkoły. Parę podręczników sprzed dwóch lub nawet trzech reform programowych, zwoje pergaminy wypełnione notatkami, narzutki qudditchowe Gryffindoru, takie typu rzeczy. Było tam jednak jeszcze coś.

— Accio, torba! — wymruczał, machając nieostrożnie różdżką.

Skrzywił się, gdy drzwiczki uchyliły się z głośnym trzaskiem, a brązowo-czerwona torba potoczyła się w jego stronę. Aktówka sportowa, jaką zwykł nosić ze sobą w pierwszych latach pracy dla Brygady Uderzeniowej, zanim zadomowił się tam na tyle, aby zaufać temu, że nikt nie zwinie mu żadnych dokumentów z biurka czy szafki personalnej. W tej tobie nie było jednak raportów sprzed lat, czy niedokończonych akt służbowych, a scenariusze Laurence'a Selwyna. Zacisnął usta, otwierając aktówkę i wyciągając z niej pożółkłe kartki wypełnione notatkami, komentarzami i wtrąceniami.

Erik nie był wielkim fanem teatru, jednak jeśli miał spędzać jakiś czas z Selwynem, to pomaganie mu ćwiczyć do roli było równie dobrym rozwiązaniem, jak każde inne. Poza tym dzięki temu znacząco ubogacił swoje słownictwo i nauczył się wypowiadać lepiej niż nie jeden młody polityk. Wertował powoli kartki, jakby obawiał się, że jeśli za mocno szarpnie, te obrócą się w drobny mak. Zabrał je z mieszkania Selwyna, gdy się stamtąd wyniósł, bo wyszło na jaw, że ten planował się żenić. Jakby podświadomie liczył, że dzięki temu ten się do niego odezwie i cokolwiek wyjaśni. Pracował w teatrze, potrzebował scenariuszy.

Wówczas plan wydawał się genialny, jednak najwyraźniej okazało się to nie być dla Selwyna najmniejszą przeszkodą. Pewnie w teatrze po prostu dali mu drugą kopię. Przymknął na moment oczy, nie pozwalając sobie na uronienie nawet jednej łzy. To było lata temu, już dawno zostawił to za sobą, a jednak teraz, przeglądając w samotności te stare notatki, miał wrażenie, że Selwyn był tuż obok. Jakby otworzenie się na odrzucone wspomnienia i emocje sprowadziło tutaj jego ducha; nienamacalnego, ale obecnego. A każda erikowa myśl tylko nadawała mu konkretniejszych kształtów, pozwalając się zakorzenić głębiej w jego umyśle, ożywiając to, co zdawało się lata temu pogrzebane i dawno temu zasypane grubą warstwą ziemi.

Longbottom podniósł się chwiejnie, czując coraz większy mętlik w głowie. Upojenie alkoholem zmęczenie, a przede wszystkim osłabienie po ostatniej pełni zdawało się osiągać właśnie apogeum. Rozżalenie. Wściekłość. Czemu on rozpamiętywał to, co wydarzyło się lata temu, podczas gdy Laurence... Zapewne robił to, co zawsze, czyli bawił się w najlepsze, mając resztę świata tam, gdzie wzrok nie sięgał. Wzrok Erika zafiksował się na rozłożonych na biurku kartach papieru. Jeszcze przed paroma dniami wysyłał w końcu zaproszenia na zbliżającą się wielkimi krokami potańcówkę organizowaną przez Brennę.

A gdyby tak... Przelać swoje myśli na papier? W końcu i tak nikt tego nigdy nie zobaczy, a może pomoże mu się to pozbyć tego obrzydliwego ciężaru. Schowa ten list między karty scenariusza i schowa w szafce, za podręcznikami i już nigdy do nich nie wróci. Raz na zawsze zamknie ten rozdział i w końcu będzie mógł zapomnieć o Selwynie, o tym, co ich łączyło i co ich podzieliło. Tak. Na pewno wszystko ułoży się zgodnie z planem.

~~*~~

Bolały go plecy i nie czuł własnej ręki.

To były pierwsze wrażenie, jakie zarejestrował jego skacowany umysł, gdy obudziły go przedpołudniowe promienie słońca prześwitujące przez zaciągnięty zasłony w pokoju. Leżał na dywanie, w samych spodenkach i był na wpół przykryty kołdrą. Uchylił nieśmiało powieki, jednak zaraz na powrót je zamknął, gdy zdał sobie sprawę, jak jasno było w pokoju. Spróbował unieść głowę, jednak od razu zrobiło mu się słabo, toteż wtulił policzek w wysłużony, acz zadbany dywan, który trzymał w sypialni od dobrych paru lat.

Nie pamiętał zbyt wiele szczegółów z ubiegłej nocy. Kojarzył, że w końcu zebrał się w sobie, aby wyjść ze swojej pieczary i przezwyciężyć zmęczenie wywołane pełnią, a potem zaczął z Morfeuszem buszować w kuchni... Nora chyba też wpadła w odwiedziny, a potem zaczęli pić... Wino? Wódkę? Nie był pewny, ale na samo wspomnienie tego przeklętego napitku zrobiło mu się niedobrze. Skulił się do pozycji embrionalnej, naciągając na siebie kołdrę niemalże po samo czoło. Mimowolnie odetchnął z ulgą, gdy na powrót otoczyły go ciemności.

Nie sądził, że zwykłe otulenie się materiałem mogło przynieść taką ulgę. Taką samą ulgę, jaką miał mu przynieść list, jaki zaczął kreślić przy biurku, żeby wysłać go do... Selwyna. Gdy tylko nazwisko to rozbrzmiało w jego głowie, Erik poderwał się na równe nogi, czując, że serce zaczyna mu bić szybciej z przypływu emocji. Omiótł wzrokiem pomieszczenie, szukając stolika, chociaż aż nazbyt dobrze wiedział, gdzie ten się znajduje. Podszedł chwiejnym krokiem, grzebiąc pośród papierów, modląc się w duchu o wsparcie Matki. Nie mógł tego wysłać, na pewno nie.

Prawda okazała się dużo gorsza, bo list nie tylko został już dawno posłany do adresata, ale na parapecie znalazła się też odpowiedź na niego. Drżąca dłoń Erika sięgnęła po list, aby zaraz go rozpieczętować. Wbił nieobecny wzrok w krótką wiadomość, czytając ją parokrotnie, nie wierząc w to, co czytał. Z jego gardła wydobył się pełen frustracji warkot. Zmiął liścik w dłoni i cisnął papierową kulkę o ścianę. Ta odbiła się z cichym plaskiem i wpadła za komodę.

— Ja pierdole — powtarzał coraz bardziej zdenerwowany, nie wierząc w to, co się działo. Co on narobił. Zaczął chodzić od jednego końca pokoju do drugiego, starając się opanować nerwy i przy okazji nie potknąć się o własne nogi. — To nie tak miało być, to nie tak miało być...

Koniec sesji


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Erik Longbottom (1630)




Wiadomości w tym wątku
[29/07/1972] one letter away || erik - przez Erik Longbottom - 12.03.2024, 01:17

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa