Nie znał Flynna. Ciągle i wciąż powtarzał maniakalnie, że nie znał tego człowieka, że niczego o nim nie wiedział, że nie miał nawet miejsca na to, żeby go poznać. Bo gdzie? Kiedy spotykali się w sypialni tej szalonej wiedźmy? Kiedy dogadywali szczegóły niewygodnych interesów, w których Laurent był minimalistyczny do bólu? Chyba mu jednak tamto życie służyło. Był bardziej konkretny... nie, przecież nadal taki był. Tylko był wtedy tak wycieńczony, że empatia jakoś o wiele mniej się go trzymała. Najwyraźniej kiedy człowiekowi było za dobrze, to wszystko musiało uderzyć i dobić, żeby na pewno przygnieść do ziemi. Żeby nie dało się samego siebie poznać, żeby świat stworzył z ciebie coś zupełnie nowego. Najbardziej gównianą wersję siebie samego. Czy jednak... najlepszą? Nie, to musiała być ta najgorsza. Przecież tyle osób mówiło, że wrażliwość była prawdziwym skarbem tego świata. Tak, na pewno była... szkoda tylko, że przynosiła ze sobą tyle zła i była wyszlifowanym diamentem, który ranił twoje dłonie.
Pokręcił lekko głową i odetchnął, dotykając różdżką czubka głowy Flynna, który teraz zajmował swoją dziwną pozycję na tym piasku jakby miał na niego paść, ale jednocześnie starał się trzymać bardziej... w górze. Bo na pewno nie mógł mówić o jakimkolwiek pionie. Góra - tak. Nie pion. Grał - ale robił to dorbze. Laurent nie dopatrywał się w tym żadnego udawania, wręcz idealnie wbijało się to w jego przeświadczenie o tym człowieku - jego sile, niezależności, jego zdolności do zupełnego zlewania tego świata. Nawet jeśli potem zastanawiał się nad ranami jego rąk i nad tym, jak poraniona musiała być jego duma. Jego człowieczeństwo. Tańczył na jej krańcu, były okruszkami na glebie - rozdziobywały ją gołębie, bo żaden jastrząb padlinożerny nie chciał się nad tym pochylić. Ach tak, przecież nie każdy wiedział, że nawet dumne orły, symbole triumfu, potrafiły żreć padlinę. Natura była śliczna i urocza - i okrutnie brutalna od wewnątrz, kiedy przestało się widzieć tylko słodkie, psie oczka. Te psie oczka były wpatrzone w człowieka, od którego szukał tutaj ucieczki. Prowadząc tą rozmowę zaczynało do niego za to docierać jakże felerne spostrzeżenie, że chyba... chyba Fleamont nie był trzeźwy. To dotknięcie różdżki rozlało ciepło po jego ciele. Ogrzało. Pewnie zaraz zacznie się rozbierać, bo będzie mu za gorąco, ale Laurent sam rzucił na siebie to zaklęcie, bo nawet jak wiatr nie wiał to... toooo należy stąd jak najszybciej się zbierać. Nie będzie przecież teraz tłumaczył, że nie ważne, jakim wielkim człowiekiem nie jesteś - i on sam powinien wiedzieć o tym najlepiej - to każdy potrzebował ciepła ludzkich ramion.
- Obawiam się, że moje progi są dla ciebie aktualnie o wiele za wysokie. - Starał się mieć cierpliwość, odcinać od tego. Od tych jego odzywek. Po co w ogóle odpowiadasz... Ta rozmowa nie miała najmniejszego sensu. Im więcej było odpowiedzi tym bardziej Flynn się wydawał dobrze bawić. To, co mu odpowiedział, było jednak kłamstwem. Okropnym kłamstwem. Teraz i tu nie miało to znaczenia. Ta dziecinada (z jego perspektywy) powinna się jednak skończyć. Chociaż jedna osoba powinna być tutaj dorosła. Tylko co zrobić, skoro ta śmieszna wymiana zdań pozwalała jakoś tej frustracji upłynąć? Skoro miał poczucie, że mógł być niegrzeczny jak na swoje dziwne standardy, niemiły i nikt go za to nie będzie oceniał i nie będzie krzywych spojrzeń? Worek bokserski - na szczęście Fleamont był jak stalowa ściana, a jego małe piąstki nie miały szans jej naruszyć.
- Ruszasz się. Nie możesz tu zostać, bo się pochorujesz! To niebezpieczne. - Choroba jak choroba, przeziębienie to przeziębienie, ale miał gorączkę, był pijany i... nie ważne, jak ordynarny czy chamski był. Nie ważne, jak wiele milczał i że myślał o zapisanych kartkach. Dobrze myślał - gdyby tylko Laurent miał dziennik to Fleamont miałby w nim przynajmniej kilka przeznaczonych tylko sobie. A od paru dni tych kartek by wiele przybyło. Choć czy na pewno o nim czy jakiejś chorej fantazji, w której w końcu... chociaż przez parę chwil... było takie poczucie, że jesteś tylko dla kogoś - a ktoś dla ciebie. Że nie będzie już żadnych więcej amorów, że nie będzie więcej rozmiłowanych spojrzeń. Wszystko było takie nowe, piękne i tak jak się tego bał, tak bał się tego, że wpadnie w uzależnienie. Uzależnienie snem. Że nastanie taki dzień, w którym nie będzie chciał się budzić, zamiast bać się zasnąć. Teraz był jednak dzień pod tytułem: ten debil, Flynn, mógłby nie być taki trudny. Rozchylił wargi, chcąc coś powiedzieć, ale ta nieprzyjemna emocja znowu w nim wezbrała i skutecznie zatrzymała słowa. Znów musiał odetchnąć, bo zbierało mu się na płacz. A bardzo nie chciał płakać. Ale brakowało mu już słów. Co miał mu powiedzieć. Że tak, jest bezradny, bezsilny, że nic nie może? Albo zaprzeczać dalej w tej dziwacznej rozmowie? Przestał się nad nim pochylać w próbach ciągnięcia jego ręki i podnoszenia go w górę, żeby dźwignął się na nogi, żeby wstał, skoro ten zajął się kurtką i szukał w niej... nie wiem, może chusteczek. Albo gumy balonowej.
Przypomniały mu się te lekcje, kiedy dla ludzi chciało się za dużo. Kiedy chciałeś im pomóc, ale oni po prostu... czy teraz naprawdę można mówić o tym, że Fleamont pomocy nie chciał i nie potrzebował? Był... ewidentnie pijany. I niespełna rozumu przy tym.
Puścił go i spróbował następnym machnięciem różdżki zmusić go, żeby grzecznie z nim poszedł.
Akcja nieudana
Sukces!