12.03.2024, 09:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.04.2024, 14:55 przez Samuel McGonagall.)
Cierniste pęta ciągnęły go do siebie, jakby ziemia chciała go pożreć żywcem, utulić do swojego łona, w zaborczym geście przypomnienia, do kogo należy jego serce. Kniej była zazdrosna, Knieja chciała jego powrotu, a on mógł teraz walczyć z nią, by potem iść na wrzosowisko i utulić się do korzeni w bezpiecznej od widm odległości.
Tu i teraz znał karę i wiedział, że walczyć trzeba. Kiedyś gdy był dzieckiem, gdy ataki przychodziły bardziej niekontrolowane, podczas snu, lub strachu, który zacisnął mu serce, poddany słowom matki o tym, że jest to ochrona, pozwalał pnączom się objąć. Zdarzało się jednak, że bez pomocy kogoś z zewnątrz później nie miał szans wyjść z kokonu, a rany zadawane przez toksyczne rośliny wymagały długotrwałej opieki.
Teraz wiedział, że trzeba do tego podchodzić jak do kłótliwej kochanki, zbić jej razy, ochronić siebie, a potem składać dary. Zawiódł, był zbyt rozkojarzony, wypadł ze swojej codziennej rutyny, pracy, ascezy, w której trwał. Głupi list... Pojawił się jak zwiastun burzy a teraz burza zalęgła się w jego sercu, zbierając swoje żniwo.
Ryk rozdarł mu twarz, gdy w końcu sięgnął różdżki i och, nie rzucił magicznym ostrzem po łykowatych tworach, lecz siepał na oślep ogromnymi niedźwiedzimi łapskami. Gruba skóra i futro ratowały go przed zacięciami, szarpiąca się w dzikości bestia zadeptywała niebezpieczne ziela, układały ze strzępów łodyg tratwę na grzęzawisku pragnącym jego istnienia.
Cóż, zdecydowanie nie był to widok, którego można było spodziewać się od rana w ogródku Longbottomów...
Tu i teraz znał karę i wiedział, że walczyć trzeba. Kiedyś gdy był dzieckiem, gdy ataki przychodziły bardziej niekontrolowane, podczas snu, lub strachu, który zacisnął mu serce, poddany słowom matki o tym, że jest to ochrona, pozwalał pnączom się objąć. Zdarzało się jednak, że bez pomocy kogoś z zewnątrz później nie miał szans wyjść z kokonu, a rany zadawane przez toksyczne rośliny wymagały długotrwałej opieki.
Teraz wiedział, że trzeba do tego podchodzić jak do kłótliwej kochanki, zbić jej razy, ochronić siebie, a potem składać dary. Zawiódł, był zbyt rozkojarzony, wypadł ze swojej codziennej rutyny, pracy, ascezy, w której trwał. Głupi list... Pojawił się jak zwiastun burzy a teraz burza zalęgła się w jego sercu, zbierając swoje żniwo.
Ryk rozdarł mu twarz, gdy w końcu sięgnął różdżki i och, nie rzucił magicznym ostrzem po łykowatych tworach, lecz siepał na oślep ogromnymi niedźwiedzimi łapskami. Gruba skóra i futro ratowały go przed zacięciami, szarpiąca się w dzikości bestia zadeptywała niebezpieczne ziela, układały ze strzępów łodyg tratwę na grzęzawisku pragnącym jego istnienia.
Cóż, zdecydowanie nie był to widok, którego można było spodziewać się od rana w ogródku Longbottomów...