12.03.2024, 12:16 ✶
Ach, spokój, cisza, ręce pełne pracy i... ten wspaniały ptasi trel nad glową.
– Napięty harmonogram.– odpowiedział tylko, bo i rzeczywiście, jak najszybciej trzeba było zająć się naprawianiem zleconej przestrzeni, a potem głowa już była zajęta wszystkim tylko nie potańcówką, wszystkim tylko nie Norą i Longbottomami, wszystkim tylko nie chwastami rosnącymi jak popierdolone, wrastającymi w ściany, jakby całą dolinę opanowali ludzie z klątwą ziemi. Och tak beczki pełne cydru, brzęczące butelki płynnego, musującego złota, och tak wspólne, spokojne wieczory z Ulą i Lysandrem, spędzone nad jabłkami, które trzeba było obrać, wydrążyć soczysty miąższ, wybrać drożdże, które spulchnią i przemienią sok w orzeźwiający napitek godny Doliny Godryka.
Myśli odpływały mu, nawet nie przestał rżnąć deski. Nie zamierzał. Ludzie różnie podchodzili do niego i jego pracy, ale wiedział, że gdy pies szczeka to najlepiej go zignorować. Zwykle szczekał z bezsilności i potem mu przechodziło. Cóż, znał też właściciela domku i zdecydowanie białogłowa, która ruszyła w jego kierunku z toną pretensji nim nie była. W żadnym. Najmniejszym. Calu.
Dlatego też nie zamierzał się przedstawiać. Nigdy nie słyszał o tej zasadzie, natomiast przez te kilka miesięcy przebywania 24/7 załapał, że podstawa uprzejmości gwarantuje spokojne pożycie w społeczności. Obecnie piękna hetera jawiła mu się bardziej jako pijany gość baru w którym wieczorami robił za wykidajłę, aniżeli kogoś, komu miałby się z czegokolwiek tłumaczyć. Miał zacząć dzisiaj, jest dzisiaj. Słońce – w jego perspektywie – było już dostatecznie wysoko na niebie. Z resztą około południa skwar będzie na tyle nieznośny, że gdyby zaczął później niczego nie zdążyłby już zrobić... A jego główną dewizą była skuteczność. Nie zamierzał tego zmieniać.
– Napięty harmonogram.– odpowiedział tylko, bo i rzeczywiście, jak najszybciej trzeba było zająć się naprawianiem zleconej przestrzeni, a potem głowa już była zajęta wszystkim tylko nie potańcówką, wszystkim tylko nie Norą i Longbottomami, wszystkim tylko nie chwastami rosnącymi jak popierdolone, wrastającymi w ściany, jakby całą dolinę opanowali ludzie z klątwą ziemi. Och tak beczki pełne cydru, brzęczące butelki płynnego, musującego złota, och tak wspólne, spokojne wieczory z Ulą i Lysandrem, spędzone nad jabłkami, które trzeba było obrać, wydrążyć soczysty miąższ, wybrać drożdże, które spulchnią i przemienią sok w orzeźwiający napitek godny Doliny Godryka.
Myśli odpływały mu, nawet nie przestał rżnąć deski. Nie zamierzał. Ludzie różnie podchodzili do niego i jego pracy, ale wiedział, że gdy pies szczeka to najlepiej go zignorować. Zwykle szczekał z bezsilności i potem mu przechodziło. Cóż, znał też właściciela domku i zdecydowanie białogłowa, która ruszyła w jego kierunku z toną pretensji nim nie była. W żadnym. Najmniejszym. Calu.
Dlatego też nie zamierzał się przedstawiać. Nigdy nie słyszał o tej zasadzie, natomiast przez te kilka miesięcy przebywania 24/7 załapał, że podstawa uprzejmości gwarantuje spokojne pożycie w społeczności. Obecnie piękna hetera jawiła mu się bardziej jako pijany gość baru w którym wieczorami robił za wykidajłę, aniżeli kogoś, komu miałby się z czegokolwiek tłumaczyć. Miał zacząć dzisiaj, jest dzisiaj. Słońce – w jego perspektywie – było już dostatecznie wysoko na niebie. Z resztą około południa skwar będzie na tyle nieznośny, że gdyby zaczął później niczego nie zdążyłby już zrobić... A jego główną dewizą była skuteczność. Nie zamierzał tego zmieniać.