12.12.2022, 02:30 ✶
Co złego mogłoby się stać? Biorąc pod uwagę, że Steward tego dnia najwyraźniej miał przeogromniastego pecha, to dosłownie wszystko. Była nawet posądzić wile o niebycie wilami, tylko podrabiańcami – znaczy się, pod piękną powłoką miałoby się chować coś paskudnie zębatego i pazurzastego, czyhającego na jakąś niewinną ofiarę pod płaszczykiem właśnie wili.
Bo czego w nich nie lubić, nie? Piękne, pełne powabu i tak dalej, i tak dalej; aczkolwiek nie dało się ukryć, że przyciągały raczej panów niż panie. Te raczej trzymały swoje wałki w pogotowiu.
- … na twoją odpowiedzialność – oświadczyła, ostatecznie się zgadzając; tak po prawdzie, w zasadzie sama była ciekawa tych istot, nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy kołatała się myśl jak silny musi być ich urok, skoro ich potomkowie pół- czy ćwierćkrwi potrafią oczarować masy?. Jak to mugole mawiają: ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
- To co, mam wyciągać kajdanki i przykuć do siebie, żeby nie miały jak go porwać? – zażartowała lekkim tonem znad piwa. Piana osadziła się na górnej wardze, tworząc wąsy; nie na długo wprawdzie, bowiem dość szybko się oblizała, jednakże przez chwilę prezentowała towarzystwu iście przekomiczny widok.
Przewróciła ślepiami, gdy Steward zachęcił Brennę do rzucenia nieszczęsną szyszką; ba, mało tego, nie omieszkała sprzedać mu sójkę w bok. Nieszczególnie mocną, oczywiście, wszak nie chciała mu zrobić krzywdy; tylko tego brakowało, żeby znowu go musiały prowadzić do namiotu Bulstrode. Tyle że już nie z nogą, a z żebrem.
- O proszę – parsknęła z wyraźnym rozbawieniem, gdy kuzynka podzieliła się iście przegenialnym planem odnośnie zastosowania szyszki. No dobra, nie był aż tak genialny, jak się tak zastanowić, ale wciąż tkwiło w nim coś, co zachwycało wewnętrznego chochlika Mavelle i jednocześnie szeptało „geniusz. Po prostu geniusz” – Ej, Bren, ale jeśli byś naprawdę coś takiego planowała zrobić, to ja chcę to zobaczyć, wiesz? – zastrzegła lekkim tonem. Zapewne na zasadzie „muszę to zobaczyć, albo nie uwierzę” – z nich dwóch, to Mavelle właśnie była tą, która nie pozostawała ślepą na podrywanie. Choć może i by się to jej przydało, nie czułaby dzięki temu oddechu byłego na karku i oszczędziła sobie wielu problemów. Cóż, skąd mogła wiedzieć, że mu coś odbije?
- Och, błagam, zdefiniuj „dużych” – jęknęła cicho, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że w przypadku Longbottomów sprawy miały się trochę inaczej. Tak, nawet trzymała u siebie parę naczyń kupionych z myślą o kuzynostwie, szczycących się ponadstandardowymi rozmiarami - Wiesz, nie każdy ma żołądek jak ty – przypomniała, ciągnąc towarzystwo w stronę straganu z łakociami – Ale tak, dla ciebie wszystko, co największe – obiecała. Sama jednak musiała zachować jakiś umiar, bowiem raz, ze nie chciała być toczona przez Brennę i Patricka w drodze powrotnej, a dwa… jej żołądek nie miał jednak takiej pojemności. Stąd też słodkościowe zakupy były głównie „na potem”, aczkolwiek nie odmówiła sobie poczęstowania się czekoladową gałą.
- Czyyyli, wile? – upewniła się; w końcu przez te parę chwil mogli przemyśleć sprawę tak z kilka razy i zmienić zdanie.
Bo czego w nich nie lubić, nie? Piękne, pełne powabu i tak dalej, i tak dalej; aczkolwiek nie dało się ukryć, że przyciągały raczej panów niż panie. Te raczej trzymały swoje wałki w pogotowiu.
- … na twoją odpowiedzialność – oświadczyła, ostatecznie się zgadzając; tak po prawdzie, w zasadzie sama była ciekawa tych istot, nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy kołatała się myśl jak silny musi być ich urok, skoro ich potomkowie pół- czy ćwierćkrwi potrafią oczarować masy?. Jak to mugole mawiają: ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
- To co, mam wyciągać kajdanki i przykuć do siebie, żeby nie miały jak go porwać? – zażartowała lekkim tonem znad piwa. Piana osadziła się na górnej wardze, tworząc wąsy; nie na długo wprawdzie, bowiem dość szybko się oblizała, jednakże przez chwilę prezentowała towarzystwu iście przekomiczny widok.
Przewróciła ślepiami, gdy Steward zachęcił Brennę do rzucenia nieszczęsną szyszką; ba, mało tego, nie omieszkała sprzedać mu sójkę w bok. Nieszczególnie mocną, oczywiście, wszak nie chciała mu zrobić krzywdy; tylko tego brakowało, żeby znowu go musiały prowadzić do namiotu Bulstrode. Tyle że już nie z nogą, a z żebrem.
- O proszę – parsknęła z wyraźnym rozbawieniem, gdy kuzynka podzieliła się iście przegenialnym planem odnośnie zastosowania szyszki. No dobra, nie był aż tak genialny, jak się tak zastanowić, ale wciąż tkwiło w nim coś, co zachwycało wewnętrznego chochlika Mavelle i jednocześnie szeptało „geniusz. Po prostu geniusz” – Ej, Bren, ale jeśli byś naprawdę coś takiego planowała zrobić, to ja chcę to zobaczyć, wiesz? – zastrzegła lekkim tonem. Zapewne na zasadzie „muszę to zobaczyć, albo nie uwierzę” – z nich dwóch, to Mavelle właśnie była tą, która nie pozostawała ślepą na podrywanie. Choć może i by się to jej przydało, nie czułaby dzięki temu oddechu byłego na karku i oszczędziła sobie wielu problemów. Cóż, skąd mogła wiedzieć, że mu coś odbije?
- Och, błagam, zdefiniuj „dużych” – jęknęła cicho, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że w przypadku Longbottomów sprawy miały się trochę inaczej. Tak, nawet trzymała u siebie parę naczyń kupionych z myślą o kuzynostwie, szczycących się ponadstandardowymi rozmiarami - Wiesz, nie każdy ma żołądek jak ty – przypomniała, ciągnąc towarzystwo w stronę straganu z łakociami – Ale tak, dla ciebie wszystko, co największe – obiecała. Sama jednak musiała zachować jakiś umiar, bowiem raz, ze nie chciała być toczona przez Brennę i Patricka w drodze powrotnej, a dwa… jej żołądek nie miał jednak takiej pojemności. Stąd też słodkościowe zakupy były głównie „na potem”, aczkolwiek nie odmówiła sobie poczęstowania się czekoladową gałą.
- Czyyyli, wile? – upewniła się; w końcu przez te parę chwil mogli przemyśleć sprawę tak z kilka razy i zmienić zdanie.
477/1660