12.12.2022, 13:23 ✶
Patrick przewrócił ostentacyjnie oczami. Już tam bez przesady. Szczerze wątpił by wile naprawdę miały sobie go upatrzeć za jakikolwiek cel. Było tu zbyt wielu samotnych mężczyzn. I chociaż nie miał kompleksów dotyczących tego jak wyglądał i co sobą reprezentował do przystojnego księcia na białym koniu wiele mu brakowało. A gdyby był wilą, skupiłby się raczej na porwaniu kogoś bogatszego, przystojniejszego i pozbawionego towarzystwa aż dwóch kobiet.
- Nie jestem twoim bratem – przypomniał Brennie, nawiązując w ten sposób do zawrotnej kwoty, którą rodzeństwo zdobyło podczas licytacji na balu, a która nierozerwalnie wiązała się z faktem, że jej lwią część zdobył Erik wystawiając kolację z samym sobą na licytację. O tym, że tak naprawdę zrobiła to jego siostra, Patrick nie wiedział (ale gdyby nawet się dowiedział, to pewnie uznałby to za rodzaj osobliwego żartu, który spłatać sobie może tylko bliskie rodzeństwo). – Ale to bardzo miłe, że uważasz mnie za jednego z najlepszych aurorów.
Pokręcił głową, gdy Mavelle zaproponowała przywiązanie go do siebie kajdankami. Innego dnia pewnie nawet pociągnąłby ten żart dalej, odruchowo skupiając się na tej jego najprostszej do zinterpretowania części.
Upił trochę kremowego piwa. Doceniał jego przyjemny smak, choć ten nierozerwalnie kojarzył mu się z latami spędzonymi w Hogwarcie i z wizytami w Hogsmeade. To skojarzenie pewnie powinno (razem ze słowami Brenny) zwrócić jego uwagę ku dyrektorowi, ale jakoś tego nie zrobiło. Ten dzień był zbyt jego, by obarczać go dodatkowo sprawami Zakonu Feniksa, gdy absolutnie nie było to konieczne.
- Ciągle tu jestem, skarbie. To niegrzeczne mówić o mnie w trzeciej osobie, gdy stoję obok ciebie – rzucił do Mavelle, udając obrażonego. – Wyobraź sobie jakby to wyglądało, gdybyśmy maszerowali przez ten jarmark połączeni parą kajdanek. Mijający nas ludzie nie wiedzieliby czy to jakiś performance czy też właśnie auror złapał brygadzistkę lub brygadzistka aurora na robieniu czegoś absolutnie skandalicznego – przekomarzał się.
Dopijał swoje kremowe piwo, słuchając o planach matrymonialnych Brenny i podrywie na szyszkę. Szczerze wątpił by kiedykolwiek zdecydowała się na tak radykalne kroki, ale to spodobało mu się, że przyłączyła się do jego wygłupów. Nawet jeśli zrobiła to odruchowo i bez wpływu na jego wcześniejsze słowa i zachowanie.
- Ciskanie nic nie daje – uprzedził lojalnie. Przecież tylko co ciskał szyszką w niewinną kobietę. Nie padła zniewolona u jego stóp. Nawet tu nie przyszła (z tego faktu, jak mu się wydawało, całą trójką nawet, byli bardzo, ale to bardzo zadowoleni). – Ale za czekoladowe gały ja zapłacę. I nie chcę słuchać żadnych, ale. Tylko co postawiłaś mi piwo – zauważył, patrząc na Mavelle. – Pamiętam też ciągle tamtego pączka, którego podrzuciłaś do biura, Brenno. No i to wy, moje bohaterki, wyciągnęłyście mnie z tego strasznego, mrocznego, pełnego zdradzieckich korzeni lasu. Także wiecie, nadszedł właśnie czas rewanżu.
I rzeczywiście gotowy był zapłacić za czekoladowe gały z własnych pieniędzy. Przy kasie okazało się zresztą, że gotów był zapłacić za wszystko co chciały kupić. Być może okazał się dzisiejszego wieczoru najgorszym łamagą w dziejach Ostary, ale przynajmniej stać go było na kupienie słodyczy.
- No to do will? – upewnił się.
I, o ile nie zgłosiły nagłego sprzeciwu, zamierzał razem z nimi podejść do wspomnianych magicznych istot.
- Nie jestem twoim bratem – przypomniał Brennie, nawiązując w ten sposób do zawrotnej kwoty, którą rodzeństwo zdobyło podczas licytacji na balu, a która nierozerwalnie wiązała się z faktem, że jej lwią część zdobył Erik wystawiając kolację z samym sobą na licytację. O tym, że tak naprawdę zrobiła to jego siostra, Patrick nie wiedział (ale gdyby nawet się dowiedział, to pewnie uznałby to za rodzaj osobliwego żartu, który spłatać sobie może tylko bliskie rodzeństwo). – Ale to bardzo miłe, że uważasz mnie za jednego z najlepszych aurorów.
Pokręcił głową, gdy Mavelle zaproponowała przywiązanie go do siebie kajdankami. Innego dnia pewnie nawet pociągnąłby ten żart dalej, odruchowo skupiając się na tej jego najprostszej do zinterpretowania części.
Upił trochę kremowego piwa. Doceniał jego przyjemny smak, choć ten nierozerwalnie kojarzył mu się z latami spędzonymi w Hogwarcie i z wizytami w Hogsmeade. To skojarzenie pewnie powinno (razem ze słowami Brenny) zwrócić jego uwagę ku dyrektorowi, ale jakoś tego nie zrobiło. Ten dzień był zbyt jego, by obarczać go dodatkowo sprawami Zakonu Feniksa, gdy absolutnie nie było to konieczne.
- Ciągle tu jestem, skarbie. To niegrzeczne mówić o mnie w trzeciej osobie, gdy stoję obok ciebie – rzucił do Mavelle, udając obrażonego. – Wyobraź sobie jakby to wyglądało, gdybyśmy maszerowali przez ten jarmark połączeni parą kajdanek. Mijający nas ludzie nie wiedzieliby czy to jakiś performance czy też właśnie auror złapał brygadzistkę lub brygadzistka aurora na robieniu czegoś absolutnie skandalicznego – przekomarzał się.
Dopijał swoje kremowe piwo, słuchając o planach matrymonialnych Brenny i podrywie na szyszkę. Szczerze wątpił by kiedykolwiek zdecydowała się na tak radykalne kroki, ale to spodobało mu się, że przyłączyła się do jego wygłupów. Nawet jeśli zrobiła to odruchowo i bez wpływu na jego wcześniejsze słowa i zachowanie.
- Ciskanie nic nie daje – uprzedził lojalnie. Przecież tylko co ciskał szyszką w niewinną kobietę. Nie padła zniewolona u jego stóp. Nawet tu nie przyszła (z tego faktu, jak mu się wydawało, całą trójką nawet, byli bardzo, ale to bardzo zadowoleni). – Ale za czekoladowe gały ja zapłacę. I nie chcę słuchać żadnych, ale. Tylko co postawiłaś mi piwo – zauważył, patrząc na Mavelle. – Pamiętam też ciągle tamtego pączka, którego podrzuciłaś do biura, Brenno. No i to wy, moje bohaterki, wyciągnęłyście mnie z tego strasznego, mrocznego, pełnego zdradzieckich korzeni lasu. Także wiecie, nadszedł właśnie czas rewanżu.
I rzeczywiście gotowy był zapłacić za czekoladowe gały z własnych pieniędzy. Przy kasie okazało się zresztą, że gotów był zapłacić za wszystko co chciały kupić. Być może okazał się dzisiejszego wieczoru najgorszym łamagą w dziejach Ostary, ale przynajmniej stać go było na kupienie słodyczy.
- No to do will? – upewnił się.
I, o ile nie zgłosiły nagłego sprzeciwu, zamierzał razem z nimi podejść do wspomnianych magicznych istot.