18.03.2024, 00:08 ✶
Nie sądził, aby świat przejął się jego zniknięciem, ale nie wypowiedział swoich wątpliwości na głos. Coś innego przykuło jego uwagę...
Motyl.
Słaby uśmiech zamajaczył na jego rumianej, dręczonej gorączką twarzy. Mo-tyl, powtórzył za nim bezgłośnie, jakby przymierzał to słowo, badał je językiem i sprawdzał, jak układa mu się w ustach. Ładnie. Nawet zbyt ładnie, jeśli chodziło o Ariela; motyle były doskonałe, ich kolory doskonale wyważone przez Matkę Naturę, a on... On był zwyczajnie przaśny, tak jak cała jego sztuka. Nie rozumiał konwenansów - zawsze żył obok nich, choć niekiedy udawało mu się oszukać świat, że jest taki sam jak wszyscy. Nie rozumiał teorii malarstwa - nie miał nawet szansy jej poznać, więc jego pierwsze obrazy były rozmyte, brudne lub przejaskrawione i budzące nieprzyjemne napięcie, kiedy się na nie patrzyło.
Nie równał się zatem z doskonałością motyla. Ale to przyjemne uczucie być czyimś motylem.
— Ja przecież znam cię... — wychrypiał i poruszył się gwałtownie podniecony tym odkryciem; prędko tego pożałował, gdy ciało zbuntowało się bólem — Sprzedawałeś latem w Dolinie swoje... swoje... Ja chciałem podejść...
Ale nie byli sami, a on czuł się jak nieproszony gość; nie miał bowiem tamtego dnia pieniędzy, ani niczego, co mógłby ofiarować mężczyźnie w zamian. Siedział więc pod drzewem, z dala od wszystkich i szkicował jego twarz pewny, że nigdy więcej się nie spotkają. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że od tamtego czasu często się spotykali - gdy malował knieję, gdy zbierał grzyby, albo gdy leżał w swojej najpiękniejszej sukience na leśnej polanie - choć niejednokrotnie jego myśli zahaczały o krogulca krążącego gdzieś ponad jego głową.
— Teraz już możesz pytać mnie... Szkoliłem się na uzdrowiciela... Myślę... Myślę, że razem coś zaradzimy — wysilił się nawet na żart. Nie docierało do niego, że mógłby umrzeć - jeszcze nie. Być może nigdy nie miało to do niego dotrzeć; żył przecież jakby na marginesie świata. Opuścił wzrok, czując, że nie jest w stanie dłużej znieść spojrzenia błękitnych oczu. Skupił się za to na dłoniach swego wybawcy - dużych, ciepłych, spracowanych, a jednocześnie delikatnych i przez krótki moment zapragnął je namalować.
Och, ale szkicownik z pewnością został tam gdzieś w lesie pod warstwą śniegu; nawet jeśli jakimś cudem jego fragmenty przetrwają do wiosny, wilgoć z pewnością wypłucze ze stron ślady węgla. Myśl ta ogromnie go zasmuciła. Tam były przecież jego wspomnienia...
Skinął głową - zarówno w odpowiedzi na jego pytanie, jak i w geście przyzwolenia na to, by odszedł, choć usta rozchyliły się, jakby chciał zaprotestować i poprosić, żeby mężczyzna został jeszcze przy nim; tak przyjemnie posłanie uginało się pod jego ciężarem.
— Jestem Lysander. Robię eliksiry do apteki w Dolinie. Trochę rysuję — wyznał skrępowany, ale nie zamierzał przestać; wiedział, co ten człowiek chciał osiągnąć nakazując mu mówić - utrzymać jego uwagę i świadomość, aby znów nie zapadł w letarg — Mam dwie kozy. Lubię słoneczniki. I maki. W Dolinie jest dużo maków, można zrobić z nich mleczko. Dobre do eliksirów przeciwbólowych. Mam bliznę na łokciu po tym jak spadłem z drabiny gdy miałem osiem lat, ale chyba ją widziałeś?
Motyl.
Słaby uśmiech zamajaczył na jego rumianej, dręczonej gorączką twarzy. Mo-tyl, powtórzył za nim bezgłośnie, jakby przymierzał to słowo, badał je językiem i sprawdzał, jak układa mu się w ustach. Ładnie. Nawet zbyt ładnie, jeśli chodziło o Ariela; motyle były doskonałe, ich kolory doskonale wyważone przez Matkę Naturę, a on... On był zwyczajnie przaśny, tak jak cała jego sztuka. Nie rozumiał konwenansów - zawsze żył obok nich, choć niekiedy udawało mu się oszukać świat, że jest taki sam jak wszyscy. Nie rozumiał teorii malarstwa - nie miał nawet szansy jej poznać, więc jego pierwsze obrazy były rozmyte, brudne lub przejaskrawione i budzące nieprzyjemne napięcie, kiedy się na nie patrzyło.
Nie równał się zatem z doskonałością motyla. Ale to przyjemne uczucie być czyimś motylem.
— Ja przecież znam cię... — wychrypiał i poruszył się gwałtownie podniecony tym odkryciem; prędko tego pożałował, gdy ciało zbuntowało się bólem — Sprzedawałeś latem w Dolinie swoje... swoje... Ja chciałem podejść...
Ale nie byli sami, a on czuł się jak nieproszony gość; nie miał bowiem tamtego dnia pieniędzy, ani niczego, co mógłby ofiarować mężczyźnie w zamian. Siedział więc pod drzewem, z dala od wszystkich i szkicował jego twarz pewny, że nigdy więcej się nie spotkają. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że od tamtego czasu często się spotykali - gdy malował knieję, gdy zbierał grzyby, albo gdy leżał w swojej najpiękniejszej sukience na leśnej polanie - choć niejednokrotnie jego myśli zahaczały o krogulca krążącego gdzieś ponad jego głową.
— Teraz już możesz pytać mnie... Szkoliłem się na uzdrowiciela... Myślę... Myślę, że razem coś zaradzimy — wysilił się nawet na żart. Nie docierało do niego, że mógłby umrzeć - jeszcze nie. Być może nigdy nie miało to do niego dotrzeć; żył przecież jakby na marginesie świata. Opuścił wzrok, czując, że nie jest w stanie dłużej znieść spojrzenia błękitnych oczu. Skupił się za to na dłoniach swego wybawcy - dużych, ciepłych, spracowanych, a jednocześnie delikatnych i przez krótki moment zapragnął je namalować.
Och, ale szkicownik z pewnością został tam gdzieś w lesie pod warstwą śniegu; nawet jeśli jakimś cudem jego fragmenty przetrwają do wiosny, wilgoć z pewnością wypłucze ze stron ślady węgla. Myśl ta ogromnie go zasmuciła. Tam były przecież jego wspomnienia...
Skinął głową - zarówno w odpowiedzi na jego pytanie, jak i w geście przyzwolenia na to, by odszedł, choć usta rozchyliły się, jakby chciał zaprotestować i poprosić, żeby mężczyzna został jeszcze przy nim; tak przyjemnie posłanie uginało się pod jego ciężarem.
— Jestem Lysander. Robię eliksiry do apteki w Dolinie. Trochę rysuję — wyznał skrępowany, ale nie zamierzał przestać; wiedział, co ten człowiek chciał osiągnąć nakazując mu mówić - utrzymać jego uwagę i świadomość, aby znów nie zapadł w letarg — Mam dwie kozy. Lubię słoneczniki. I maki. W Dolinie jest dużo maków, można zrobić z nich mleczko. Dobre do eliksirów przeciwbólowych. Mam bliznę na łokciu po tym jak spadłem z drabiny gdy miałem osiem lat, ale chyba ją widziałeś?