13.03.2024, 01:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2024, 01:38 przez Erik Longbottom.)
Wiedział, że coś się zaraz stanie - przeczucie było tak silne, że aż pulsowało w powietrzu. Próbował uspokoić drżące zwierzę, ale jego mięśnie pod skórą falowały jak wzburzone morze, a instynktowny lęk przed bliżej nieokreślonym zagrożeniem był niemożliwy do ukrycia. Na ten moment psu nie dało się wytłumaczyć, że nic mu nie groziło. Erik westchnął cicho, a w jego oczach zagościł smutna akceptacja; nie wszystkie bitwy można wygrać, więc nie było sensu trzymać tu zwierzęcia na siłę. Pozwolił Ponurakowi odbiec w stronę głuszy, nawet nie próbując go zbytnio powstrzymywać.
Aż nazbyt dobrze wiedział, że nie można wymusić zrozumienia - ani na psie, ani na ludziach. Do pewnych spraw trzeba było dojrzeć, zasmakować ich, sprawdzić, sparzyć się, a potem pomyśleć. Bądź co bądź, prawdziwa zmiana przychodzi tylko wtedy, gdy jest się gotowym zacząć od siebie. I choć ludzie mogą być uparci w swych poglądach, to może ten wierny czworonóg też kiedyś zrozumie? Może i on, jak człowiek, dojrzeje do zmiany, która zaczyna się w sercu? Bądź co bądź, pies uchodził za najlepszego przyjaciela człowieka, więc może zaczarpnął co nieco od ludzkiego gatunku?
— Nie przepraszaj. — Odwrócił wzrok od przestraszonej psiny i kierując go w stronę niemniej pełnego obaw Samuela. — Nie zrobiłeś nic złego. Zdarza się.
Większy żal odczuwał, nie tyle z niezrozumienia, jakim wykazał się Ponurak, co z reakcji Sama na ten zwierzęcy niepokój. Erik wiedział, że z czasem psina zaakceptuje obecność animagów w swoim otoczeniu. Musiał, biorąc pod uwagę, ilu mieszkańców dzieliło teraz dach Warowni. Brenna czy Charlie, prędzej czy później, zapomną się i zawitają do posiadłości w zwierzęcej formie i zmienią się na powrót w ludzi przy Ponuraku. Lepiej, żeby oswoił się z tym na otwartym terenie, niż w posiadłości, gdzie było pełno ludzi i jeszcze więcej rzeczy, które mogły ulec zniszczeniu.
Za to Sam... W jego głosie, kiedy przemawiał do zwierząt, było coś poruszającego. Longbottom dostrzegł to już wcześniej, ale tamtego dnia, na tyłach Warowni, wszystko układało się idealnie. Nic nie zakłóciło więzi, jaką mężczyzna momentalnie nawiązał z psem. Teraz jednak było inaczej, a poczucie winy stolarza przebijało się przez każde wypowiedziane przez niego słowo. Był jak dorosły, który niechcący wywołał płacz u dziecka, jakąś zwykłą czynnością. Dziecko nie rozumiało, źle zinterpretowało sytuację. Nie potrafili się ze sobą porozumieć, jednak dorosły dalej wyciągał do dziecka rękę, starając się do niego dotrzeć.
Otworzył usta, mimowolnie chcąc zachęcić Sama do tego, aby mówił dalej, jednak koniec końców zaległa między nimi cisza. Jak to było? Mogli wsłuchać się w ciszę tych wszystkich spraw, które chcieli lub wręcz musieli pozostawić dla siebie? Erik wsunął dłonie między źdźbła skąpanej w słońcu trawy, zawieszając wzrok na tafli jeziora. Niech będzie; mogli pomilczeć. Przynajmniej chwilę.
— Niedaleko. W zaroślach — poinformował cicho, zerkając na Sama kątem oka, jednak nie zerkając bezpośrednio na niego. — Zajmę się wszystkim. A ty... Dojdź do siebie. Wszystkie ryby nam raczej nie uciekną. Nie musisz się spieszyć.
Uśmiechnął się słabo i poklepał Sama po ramieniu, aby zaraz ruszyć w stronę krzaków, oddalonych nieco od głównej plaży. Od razu zabrał ze sobą wędki i część ich zapasów. Ponurak zaś został na posterunku, krążąc przy linii drzew, jak gdyby ubzdurał sobie, że lepiej było mieć na oku niedźwiedzia, niż towarzyszyć swemu panu. Pies nie zbliżył się jednak w żadnym momencie do Samuela, dalej trzymając się na dystans. Tymczasem Erik... Ruszył na poszukiwania łódki.
Przyprowadzenie tu jachtu z Londynu kompletnie mijało się z celem, bo ledwo by z niego skorzystali, to zaraz znów musiałby go odesłać z powrotem do miejskiej przystani. Poza tym wyglądałby w tych okolicach nieco... nienaturalnie. Prosta, drewniana łódź zdecydowanie lepiej wpisywała się w klimat tego miejsca i tak się akurat składało, że pośród krzaków znajdowała się prosta łódka wędkarska przeznaczona do użytku dla miejscowych.
— Mały cud, ale jednak cud — skomentował pod nosem Longbottom, celując różdżką w odwróconą do góry dnem łódź, aby ją zwodować. Magia to jednak sporo ułatwiała.
Parę minut później Erik znalazł się bezpiecznie na łódce ze wszystkimi potrzebnymi rzeczami i próbował przemieścić ją w inny rejon jeziora, gdzie wiedział, że ryby będą brały. A przynajmniej tam, gdzie wydawało mu się, że będą brały. Merlinie, dopomóż, błagam, pomyślał, machając powoli wiosłem.
Aż nazbyt dobrze wiedział, że nie można wymusić zrozumienia - ani na psie, ani na ludziach. Do pewnych spraw trzeba było dojrzeć, zasmakować ich, sprawdzić, sparzyć się, a potem pomyśleć. Bądź co bądź, prawdziwa zmiana przychodzi tylko wtedy, gdy jest się gotowym zacząć od siebie. I choć ludzie mogą być uparci w swych poglądach, to może ten wierny czworonóg też kiedyś zrozumie? Może i on, jak człowiek, dojrzeje do zmiany, która zaczyna się w sercu? Bądź co bądź, pies uchodził za najlepszego przyjaciela człowieka, więc może zaczarpnął co nieco od ludzkiego gatunku?
— Nie przepraszaj. — Odwrócił wzrok od przestraszonej psiny i kierując go w stronę niemniej pełnego obaw Samuela. — Nie zrobiłeś nic złego. Zdarza się.
Większy żal odczuwał, nie tyle z niezrozumienia, jakim wykazał się Ponurak, co z reakcji Sama na ten zwierzęcy niepokój. Erik wiedział, że z czasem psina zaakceptuje obecność animagów w swoim otoczeniu. Musiał, biorąc pod uwagę, ilu mieszkańców dzieliło teraz dach Warowni. Brenna czy Charlie, prędzej czy później, zapomną się i zawitają do posiadłości w zwierzęcej formie i zmienią się na powrót w ludzi przy Ponuraku. Lepiej, żeby oswoił się z tym na otwartym terenie, niż w posiadłości, gdzie było pełno ludzi i jeszcze więcej rzeczy, które mogły ulec zniszczeniu.
Za to Sam... W jego głosie, kiedy przemawiał do zwierząt, było coś poruszającego. Longbottom dostrzegł to już wcześniej, ale tamtego dnia, na tyłach Warowni, wszystko układało się idealnie. Nic nie zakłóciło więzi, jaką mężczyzna momentalnie nawiązał z psem. Teraz jednak było inaczej, a poczucie winy stolarza przebijało się przez każde wypowiedziane przez niego słowo. Był jak dorosły, który niechcący wywołał płacz u dziecka, jakąś zwykłą czynnością. Dziecko nie rozumiało, źle zinterpretowało sytuację. Nie potrafili się ze sobą porozumieć, jednak dorosły dalej wyciągał do dziecka rękę, starając się do niego dotrzeć.
Otworzył usta, mimowolnie chcąc zachęcić Sama do tego, aby mówił dalej, jednak koniec końców zaległa między nimi cisza. Jak to było? Mogli wsłuchać się w ciszę tych wszystkich spraw, które chcieli lub wręcz musieli pozostawić dla siebie? Erik wsunął dłonie między źdźbła skąpanej w słońcu trawy, zawieszając wzrok na tafli jeziora. Niech będzie; mogli pomilczeć. Przynajmniej chwilę.
— Niedaleko. W zaroślach — poinformował cicho, zerkając na Sama kątem oka, jednak nie zerkając bezpośrednio na niego. — Zajmę się wszystkim. A ty... Dojdź do siebie. Wszystkie ryby nam raczej nie uciekną. Nie musisz się spieszyć.
Uśmiechnął się słabo i poklepał Sama po ramieniu, aby zaraz ruszyć w stronę krzaków, oddalonych nieco od głównej plaży. Od razu zabrał ze sobą wędki i część ich zapasów. Ponurak zaś został na posterunku, krążąc przy linii drzew, jak gdyby ubzdurał sobie, że lepiej było mieć na oku niedźwiedzia, niż towarzyszyć swemu panu. Pies nie zbliżył się jednak w żadnym momencie do Samuela, dalej trzymając się na dystans. Tymczasem Erik... Ruszył na poszukiwania łódki.
Przyprowadzenie tu jachtu z Londynu kompletnie mijało się z celem, bo ledwo by z niego skorzystali, to zaraz znów musiałby go odesłać z powrotem do miejskiej przystani. Poza tym wyglądałby w tych okolicach nieco... nienaturalnie. Prosta, drewniana łódź zdecydowanie lepiej wpisywała się w klimat tego miejsca i tak się akurat składało, że pośród krzaków znajdowała się prosta łódka wędkarska przeznaczona do użytku dla miejscowych.
— Mały cud, ale jednak cud — skomentował pod nosem Longbottom, celując różdżką w odwróconą do góry dnem łódź, aby ją zwodować. Magia to jednak sporo ułatwiała.
Parę minut później Erik znalazł się bezpiecznie na łódce ze wszystkimi potrzebnymi rzeczami i próbował przemieścić ją w inny rejon jeziora, gdzie wiedział, że ryby będą brały. A przynajmniej tam, gdzie wydawało mu się, że będą brały. Merlinie, dopomóż, błagam, pomyślał, machając powoli wiosłem.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞