13.03.2024, 07:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2024, 07:46 przez Millie Moody.)
Jego słowa potraktowała jak komplement. Rozsiadła się wygodniej z niezmiennie kpiącym uśmieszkiem. Mógł współczuć Alastorowi, choć prawda była taka, że zdecydowanie bardziej należało współczuć potencjalnej pani Moody, jeśli kiedykolwiek taka się znalazła. Milles z trudem przychodziło akceptowanie Mav w ich życiu i to też przez wzgląd na zażyłość obu pań wcześniej, przychodziło jej łatwiej dopuszczać myśl, że ktokolwiek kręcił się dookoła jej brata bliżej niż w celach zawodowych. Teraz jednak, jego ból rozstania, napędzał jej wściekłość na każde zdziry, które chciałyby podejść do tego skrzywdzonego psiaka i go pocieszać.
Czerwony kapturek był bardzo zaborczą istotą.
– Och Erik, ktokolwiek inny powiedziałby po prostu, że jestem niedoruchana, ale Ty dbasz o moje oczy. Dbasz tak o każdego, a kto zadba o Ciebie? – z mniej lub oczywistych względów Milles nie była zainteresowana tą funkcją. Kiedy połowa damskiej obsady ministerstwa wzdychała do rosłego (a więc przystojnego, wiadomo że przystojność mężczyzny zaczynała się od 180 cm wzwyż) detektywa i z bólem znosiła systematyczne friendzonowanie, tak Milles rozłożyła sobie tam obozowisko, namiocik, śpiworek i małe ognisko coby kiełbaski podsmażyć. Nie żeby ją tam zapraszał, ale od lat, była bardziej jego kumplem niż kumpelą. Ktoś by powiedział – brak kobiecych wzorców, skoro matka umarła tak szybko, a większość wolnego czasu spędzała w towarzystwie Alastora i jego kumpli. Tyle dobrego, że nigdy żółci jej oczu nie musiał rozpoznawać jako "maślanej".
To co mówił było na wielu poziomach racjonalne i oboje o tym wiedzieli. Grymas na jej twarzy nawet to potwierdził. To był jeden z tych nielicznych razów, kiedy ktokolwiek ją pouczał i mógł dostrzec błysk tego, że w ogóle słucha. Milczała nieco dłużej, kontemplując jego słowa, przeżuwając je, szarpiąc się z nimi, ale wewnętrznie. Wbrew pozorom jakie wokół siebie roztaczała nie była aż tak głupia. Było to jednak zdecydowanie wygodniejsze, gdy nikt nie oczekiwał po niej zbyt wiele. Porażki nie bolały tak bardzo, a sukcesy... cóż, lubiła zaskakiwać.
– Piątak, że to była ichnia bojóweczka, lub rekrutacja, a nie naśladowcy. – wyrzuciła to z siebie jako odpowiedź. Millesowa wersja była w jej głowie już trochę zabetonowana: budowanie struktur sekty, znęcanie się jako próba przekonania rzemieślniczki (w końcu tylko ją pocięli!) albo jej sąsiadów (nic tak nie motywuje jak śmierć koleżanki). Ale detektyw był detektywem, żeby detektywował. On nie mógł mieć betonu w głowie, rzeczy należało sprawdzać, tropić. Panna Moody wolała polować i ścigać, no ale jeśli czekało ich przesłuchiwanie i pozyskiwanie informacji legalną drogą, to musiała jakoś umilić sobie ten czas. Szczypta rywalizacji, pięć galeonów, nie ważne, że to ostatnie złociste monety w jej posiadaniu.
Czerwony kapturek był bardzo zaborczą istotą.
– Och Erik, ktokolwiek inny powiedziałby po prostu, że jestem niedoruchana, ale Ty dbasz o moje oczy. Dbasz tak o każdego, a kto zadba o Ciebie? – z mniej lub oczywistych względów Milles nie była zainteresowana tą funkcją. Kiedy połowa damskiej obsady ministerstwa wzdychała do rosłego (a więc przystojnego, wiadomo że przystojność mężczyzny zaczynała się od 180 cm wzwyż) detektywa i z bólem znosiła systematyczne friendzonowanie, tak Milles rozłożyła sobie tam obozowisko, namiocik, śpiworek i małe ognisko coby kiełbaski podsmażyć. Nie żeby ją tam zapraszał, ale od lat, była bardziej jego kumplem niż kumpelą. Ktoś by powiedział – brak kobiecych wzorców, skoro matka umarła tak szybko, a większość wolnego czasu spędzała w towarzystwie Alastora i jego kumpli. Tyle dobrego, że nigdy żółci jej oczu nie musiał rozpoznawać jako "maślanej".
To co mówił było na wielu poziomach racjonalne i oboje o tym wiedzieli. Grymas na jej twarzy nawet to potwierdził. To był jeden z tych nielicznych razów, kiedy ktokolwiek ją pouczał i mógł dostrzec błysk tego, że w ogóle słucha. Milczała nieco dłużej, kontemplując jego słowa, przeżuwając je, szarpiąc się z nimi, ale wewnętrznie. Wbrew pozorom jakie wokół siebie roztaczała nie była aż tak głupia. Było to jednak zdecydowanie wygodniejsze, gdy nikt nie oczekiwał po niej zbyt wiele. Porażki nie bolały tak bardzo, a sukcesy... cóż, lubiła zaskakiwać.
– Piątak, że to była ichnia bojóweczka, lub rekrutacja, a nie naśladowcy. – wyrzuciła to z siebie jako odpowiedź. Millesowa wersja była w jej głowie już trochę zabetonowana: budowanie struktur sekty, znęcanie się jako próba przekonania rzemieślniczki (w końcu tylko ją pocięli!) albo jej sąsiadów (nic tak nie motywuje jak śmierć koleżanki). Ale detektyw był detektywem, żeby detektywował. On nie mógł mieć betonu w głowie, rzeczy należało sprawdzać, tropić. Panna Moody wolała polować i ścigać, no ale jeśli czekało ich przesłuchiwanie i pozyskiwanie informacji legalną drogą, to musiała jakoś umilić sobie ten czas. Szczypta rywalizacji, pięć galeonów, nie ważne, że to ostatnie złociste monety w jej posiadaniu.