13.03.2024, 10:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2024, 10:29 przez Samuel McGonagall.)
Twarz Samuela przez moment została nieodgadniona, ale pociągnął znów z butelki i to mocno, bardzo mocno. Nie wiedział, jak to jest... bo był po drugiej stronie tej starej jak świat gry. To on odrzucał, odpychał, mówił, że to nie ma sensu sobie i jej i całemu światu dookoła. Z drugiej strony nie znał do końca historii Neila, ciężko było stwierdzić na ile ich opowieści były podobne, poza ogólnikami, które po prostu padły.
Nie zamierzał go przekonywać, że może warto byłoby zaakceptować taki, a nie inny stan rzeczy. Nie zamierzał go pocieszać, że czas zaleczy rany, bo w jego przypadku minęło osiem lat, a nostalgia obecnie waliła po bebechach, nie pozwalając przestać mu myśleć o przeszłości. Tak źle i tak niedobrze.
– Mam przyjaciela – podjął po bardzo, bardzo powoli, bo nie chciał się tym dzielić, a jednocześnie był świadomy, że Motyla nie można chować pod kloszem, Motyl po to był, by cieszył oko i rozjaśniał dni każdego, kto chciałby nań spojrzeć. – który działa lepiej niż wrzosowisko. Rozmowy z nim, czas hmm, który spędzamy razem czynią świat trochę lepszym miejscem. Bardziej znośnym. – Trochę to było jak przykładanie barwnego plastra na ropiejącą ranę, ale kto nie lubił dostawać pocałunku w stłuczone kolano, nawet jeśli ten za bardzo nie pomagał ciału, a bardziej duszy? – Razem... zajmujemy się produkcją cydru teraz. Dużo jabłek jest. I... jak człowiek ma ręce zajęte robotą, to głowie też jest lżej. Jakbyś chciał, zawsze dobrze mieć kogoś więcej do obierania jabłek. Jest ich dużo. – nie patrzył na Neila, ale tak jak na potańcówce, tak i teraz chciał mu pomóc. Był szczeniakiem, osieroconym kundlem. Jakim byłby człowiekiem, gdyby chciał dodatkowo kopać tą kupkę nieszczęścia?
Nie zamierzał go przekonywać, że może warto byłoby zaakceptować taki, a nie inny stan rzeczy. Nie zamierzał go pocieszać, że czas zaleczy rany, bo w jego przypadku minęło osiem lat, a nostalgia obecnie waliła po bebechach, nie pozwalając przestać mu myśleć o przeszłości. Tak źle i tak niedobrze.
– Mam przyjaciela – podjął po bardzo, bardzo powoli, bo nie chciał się tym dzielić, a jednocześnie był świadomy, że Motyla nie można chować pod kloszem, Motyl po to był, by cieszył oko i rozjaśniał dni każdego, kto chciałby nań spojrzeć. – który działa lepiej niż wrzosowisko. Rozmowy z nim, czas hmm, który spędzamy razem czynią świat trochę lepszym miejscem. Bardziej znośnym. – Trochę to było jak przykładanie barwnego plastra na ropiejącą ranę, ale kto nie lubił dostawać pocałunku w stłuczone kolano, nawet jeśli ten za bardzo nie pomagał ciału, a bardziej duszy? – Razem... zajmujemy się produkcją cydru teraz. Dużo jabłek jest. I... jak człowiek ma ręce zajęte robotą, to głowie też jest lżej. Jakbyś chciał, zawsze dobrze mieć kogoś więcej do obierania jabłek. Jest ich dużo. – nie patrzył na Neila, ale tak jak na potańcówce, tak i teraz chciał mu pomóc. Był szczeniakiem, osieroconym kundlem. Jakim byłby człowiekiem, gdyby chciał dodatkowo kopać tą kupkę nieszczęścia?