Ze Stanleya to co najwyżej mogła być dama - najebana ale dama. Za grosz nie przypominał księżniczki, chociaż za odpowiednią nagrodą był skłonny, aby w ów rolę się przemienić. Czy był gwiazdką? Nie do końca, wszak jedyne gwiazdki widział wokół swojej głowy, kiedy to dostawał w cymbał albo padając z hukiem po ostrej libacji alkoholowej.
Uśmiechnął się jednak słysząc same superlatywy na swój temat. Z ust Dovi brzmiało to jakoś ładniej i bardziej dorodniej, niż od kogoś innego - nawet jeżeli było to najszczersze kłamstwo. Może to przed ten blond, tylko czy to był błąd?
- W zakładzie pogrzebowym to masz chociaż święty spokój - zauważył - Ale Ty to najgorzej nie masz. Tutaj kawka, serniczek, ploteczki... to jest życie - westchnął z ciężkim bólem - Gdybym tylko ja był dorodną kobietą. Wtedy też bym mógł tak sobie żyć, a tak? Muszę biegać, skakać, świat ratować - marudził, będąc w trakcie procesu porwania przed pannę Nott. Jakby nie patrzeć, to właśnie brygadziści mieli najbardziej przewalone w tym całym Ministerstwie - nikt ich nie lubił, a o szacunek to mogli się prosić tylko chyba u własnej matki, nie przełożonych.
Na bingo by się akurat nie pogniewał. Może to była myśl? Powinni przygotować sobie tabelki 5 na 5, a w nich przeróżne nazwiska ich współpracowników? Następnie mogliby usiąść w jakimś przestronnym miejscu i rozpocząć obserwacje, a ewentualny wygrany tego konkursu, mógłby wymagać od drugiego przyniesienia czegoś dobrego, jak na przykład kawa, którą da się wypić.
Jeżeli Ludovicia odbierała zapach tej lury jako coś "pieknego" czy nawet "normalnego", należało skierować ją do psychiatry albo całego psychiatryka. Ta kawa, a nawet to coś, było najwyższą karą za to, że nie chciało się za bardzo uczyć w Hogwarcie. W takim zacnym towarzystwie to była jednak przyjemność - chociaż w ten sposób mogli sobie umilać tą katorgę, którą bogatsza część społeczeństwa nazywa "piciem kawy".
- Od jednego rogalika to nikt jeszcze nie umarł, a nawet jeśli byś tego dokonała, czapki z głów. Pierwsza osoba, która zmarła od rogalika na osłodę - pokręcił głową z niedowierzaniem - Dobrze, że Cię znam to będę mógł się chwalić, że znałem osobę, która umarła w taki sposób. Wspaniała myśl, nie uważasz? - zapytał retorycznie, wstawiając zaraz odrobinę wody na ich zacne trunki. Może powinni zacząć przemycać jakąś rudą do pracy, co by wspomogła ich ciężkie żywota?
Stanley dobrze wiedział o kogo jej chodziło. Sam preferował unikać osoby o inicjałach B.L. - swojej wspaniałomyślnej koleżaneczki z Brygady. Osoby o nieskalanym potencjale do podnoszenia mu ciśnienia. Borgin był w stanie przysiąść, że nikt inny nie działa mu tak na nerwy, jak właśnie ona - powalona Longbottom.
- Dovi... - odezwał się po chwili, słodząc swoją kawę. Należy dodać, że celowo uderzał o brzegi szklanki, tak aby wywołać charakterystyczny dźwięk dzwonienia. Dla swojej szanownej wspólniczki przygotował również odrobinę tej mikstury, jednak nie posłodził, pozostawiając jej wolną wolę w tej kwestii - Ja nie chce Cię przekonywać, ani nic. Wiem, że to po pierwsze nie mój temat i w ogóle... Ale... - przeniósł na nią swój wzrok, robiąc dwa kroki w bok, jakby szykował się do ewentualnego uniku. Szpony Ludovicii we własnej twarzy to było ostatnie co chciałby przeżyć - O co poszło z Atre? - dokończył, a kątem oka upewnił się, że droga do ucieczki jest prosta, a przede wszystkim wolna. Jeżeli panna Nott będzie chciała się na niego rzucić - Borgin będzie próbował uciekać, tyle ile sił miał w nogach.
Ludovica jednak nie kwapiła się do tego, aby odpowiedzieć na to pytanie, a Borgin pamiętał, że ma ważne dokumenty do dostarczenia. Nie miał więc czasu do stracenia - musiał działać.
- Ale w sumie... Jak nie chcesz to nie mów... - wzruszył ramionami - Tylko mnie nie atakuj tymi szponami jakby co... Bo nie chciałbym mieć tak pięknej blizny... - zaśmiał się w głos, robiąc krok do tyłu, aby ruszyć do swojej pracy.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972