13.03.2024, 21:38 ✶
Prychnął pod nosem na jej komentarz. To była oczywista oczywistość, że Irytek jest irytujący i choć rozsądek mówił wyraźnie, że nie była tu złośliwa, to ten sam rozsądek kazał założyć coś zupełnie odwrotnego. Fakt, że on sam powiedział głupotę całkiem na głos był w zupełności wystarczający, by uruchomić całą machinę nastoletniej obrony osobistej. Potem jednak rzeczy się skomplikowały, kiedy dziewczyna nijak nie reagowała i wyglądała przy tym tak naturalnie, że nawet zaczął wierzyć w tę neutralność. Chyba. Nie był przekonany w stu procentach, ale może tak trochę.
Poprawiła jego wersję wydarzeń, choć ani trochę tego nie oczekiwał. Chociaż to złe słowo, nie spodziewał się, że to przykuje jej uwagę, bo rzucił ot tak sobie. A ona chyba poczuła się w obowiązku poprawić i wyjaśnić, to było dla Feliciana trochę mocno niezrozumiałe, może głównie dlatego, że jakby chciał postawić się na jej miejscu, to nie miałby pewności, czy druga osoba żartuje czy nie. To bywało irytujące, ale przede wszystkim było żenujące, kiedy zupełnie źle odczytałeś cudze intencje, więc pewnie by to przemilczał i najwyżej wyszedł na gbura. Z którym nikt nie chce gadać.
— Mhm — mruknął cicho i to była pełnowartościowa, razowa odpowiedź na słowotok Brenny.
Podniósł na nią z lekka podejrzliwe spojrzenie, chociaż szybko sam domyślił się, skąd ta mogła znać jego nazwisko. Mimo wszystko, chciał chyba usłyszeć odpowiedź, ot nawet z ciekawości, która powoli zaczęła się w nim rodzić. A potem skrzywił się lekko, bo bajeczka o kartotece była boleśnie oczywistym sarkazmem.
— Jasne. Powodzenia — prychnął cicho i nawet uśmiechnął się przy tym pod nosem. No nie powiedziałby, że to nie było zabawne. Zaraz znowu na nią zerknął, ale rzucona propozycja była, hm. — To bezsensu... miecz obosieczny — wymruczał, już mając przed oczyma scenę, gdzie Brenna rewanżuje się dokładnie taką samą tajemnicą, jeszcze sprawiając, że będzie "tym zadającym się z Tą Walniętą Gryfonką".
Zerknął na jej rękę wyciągniętą do niego, przez sekundę trawiąc w głowie ten barwny tytuł. Ciekawe, jaki sam by dostał. Może niedługo się dowie. Uścisnął jej dłoń, ale nie dodał niczego, przez moment nie wiedząc, co mógłby dodać, a potem uznając, że w sumie i tak już za późno.
Czarowanie nie wyszło, zakończone tylko mało spektakularnym sfajczeniem końca różdżki i opuszczeniem ręki. Przez głowę przebiegło mu milion myśli z rodzaju "co zrobił źle", "dlaczego znowu popełnił podobny błąd" albo "co ona teraz myśli". Bo oczywistym się zdawało, że nie to, co mówi. Na pewno nie dokładnie.
— ... Nie musisz mi tego mówić — odparł, pospiesznie chowając różdżkę na miejsce, starając się nie zauważać jej całkiem ładnie utkanego zaklęcia. Tak jej to nie wychodzi, co?
— Możesz mu za to wyznać miłość! — zaśmiał się tęgi głos starszego o rok Ślizgona, który zjawił się u wylotu korytarza wraz z nadgryzionym jabłkiem.
— O-odczep się, tępy grubasie! — krzyknął na niego Felician, bezwiednie zaciskając pięści, ale Ślizgon się nie przejął ani trochę.
— Uuuu! — zaśmiał się ubawiony. — Długo to wymyślałeś? — zapytał i ugryzł jabłko.
Felician prychnął i skrzyżował ręce na piersi, a Brenna mogła dostrzec, że jedna jego ręka pełznie tam, gdzie schował różdżkę.
Poprawiła jego wersję wydarzeń, choć ani trochę tego nie oczekiwał. Chociaż to złe słowo, nie spodziewał się, że to przykuje jej uwagę, bo rzucił ot tak sobie. A ona chyba poczuła się w obowiązku poprawić i wyjaśnić, to było dla Feliciana trochę mocno niezrozumiałe, może głównie dlatego, że jakby chciał postawić się na jej miejscu, to nie miałby pewności, czy druga osoba żartuje czy nie. To bywało irytujące, ale przede wszystkim było żenujące, kiedy zupełnie źle odczytałeś cudze intencje, więc pewnie by to przemilczał i najwyżej wyszedł na gbura. Z którym nikt nie chce gadać.
— Mhm — mruknął cicho i to była pełnowartościowa, razowa odpowiedź na słowotok Brenny.
Podniósł na nią z lekka podejrzliwe spojrzenie, chociaż szybko sam domyślił się, skąd ta mogła znać jego nazwisko. Mimo wszystko, chciał chyba usłyszeć odpowiedź, ot nawet z ciekawości, która powoli zaczęła się w nim rodzić. A potem skrzywił się lekko, bo bajeczka o kartotece była boleśnie oczywistym sarkazmem.
— Jasne. Powodzenia — prychnął cicho i nawet uśmiechnął się przy tym pod nosem. No nie powiedziałby, że to nie było zabawne. Zaraz znowu na nią zerknął, ale rzucona propozycja była, hm. — To bezsensu... miecz obosieczny — wymruczał, już mając przed oczyma scenę, gdzie Brenna rewanżuje się dokładnie taką samą tajemnicą, jeszcze sprawiając, że będzie "tym zadającym się z Tą Walniętą Gryfonką".
Zerknął na jej rękę wyciągniętą do niego, przez sekundę trawiąc w głowie ten barwny tytuł. Ciekawe, jaki sam by dostał. Może niedługo się dowie. Uścisnął jej dłoń, ale nie dodał niczego, przez moment nie wiedząc, co mógłby dodać, a potem uznając, że w sumie i tak już za późno.
Czarowanie nie wyszło, zakończone tylko mało spektakularnym sfajczeniem końca różdżki i opuszczeniem ręki. Przez głowę przebiegło mu milion myśli z rodzaju "co zrobił źle", "dlaczego znowu popełnił podobny błąd" albo "co ona teraz myśli". Bo oczywistym się zdawało, że nie to, co mówi. Na pewno nie dokładnie.
— ... Nie musisz mi tego mówić — odparł, pospiesznie chowając różdżkę na miejsce, starając się nie zauważać jej całkiem ładnie utkanego zaklęcia. Tak jej to nie wychodzi, co?
— Możesz mu za to wyznać miłość! — zaśmiał się tęgi głos starszego o rok Ślizgona, który zjawił się u wylotu korytarza wraz z nadgryzionym jabłkiem.
— O-odczep się, tępy grubasie! — krzyknął na niego Felician, bezwiednie zaciskając pięści, ale Ślizgon się nie przejął ani trochę.
— Uuuu! — zaśmiał się ubawiony. — Długo to wymyślałeś? — zapytał i ugryzł jabłko.
Felician prychnął i skrzyżował ręce na piersi, a Brenna mogła dostrzec, że jedna jego ręka pełznie tam, gdzie schował różdżkę.