13.03.2024, 23:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2024, 23:20 przez Astaroth Yaxley.)
Gdyby spojrzeć z pewnej perspektywy, sami byliśmy niczym dwa bóstwa, których drogi splótł los poplątaną nicią życia i śmierci, wdzięczności i podejrzeń, dobrych uczynków i tych złych, łagodności i porywczości, spokoju i chaosu... Można by wymieniać w nieskończoność mniej i bardziej barwne poetycznie porównania, ale ostatecznie wszystko składało się w jednym kierunku - ofiary i drapieżnika. Tylko jak określić, kto był kim, kiedy ta nić, co nas połączyła, to od samej Ariadny się niechybnie wzięła?
Wpatrywał się we mnie uważnie, jakby oceniając. Lustrował spojrzeniem, myślał o czymś, co było poza moim zasięgiem. Mógł właśnie rozważać potencjalne drogi ucieczki, przekręty, kolejne zbrodnie przeciwko ludzkości, w tym przeciwko mnie. I żałowałem, że zgubiłem dzidę, bo jedynym praktycznym rozwiązaniem w tym przypadku byłoby przebicie serca delikwenta, co by więcej już żadnego biedaka do morza nie zwiodło, a jednak... Mój oręż przepadł, reszta rzeczy zapewne znajdowała się kilkaset metrów od nas, więc pozostały mi pięści. Można by się było zdziwić, w jak łatwy sposób można kogoś pozbawić życia. O ile, rzecz oczywista, nie stawiałby oporu... A Laurent stawiałby i się domyślam, że jego rodzina to dopiero postawiłaby opór przeciwko mnie, gdyby coś się stało biednemu książęciu.
- Myślę, Panie Prewett, że to nieodpowiednia chwila by łapać mnie za słowa - odparłem, przywdziewając ton zbliżony do tego tonu, którego używał sam Laurent, prewettowski panicz, bękart selkie. Wyprostowałem się dumnie, tak dumnie, że nawet matka byłaby z tego dumna, gdyby mnie teraz zauważyła. Toć to ten młody panicz, smark od Yaxleyów, ale kto by pomyślał, że też to paniczowskie obycie miałem we krwi. - W przeciwieństwie do Pana, jestem tu służbowo i, całkowitym przypadkiem, szukając morskiej bestii, która kusi niewinnych by weszli w odmęty tej bestialskiej wody, trafiam na Pana, Panie Prewett. Czarodzieja z domieszką krwi selkie - zauważyłem ze znacznym śladem jadu w swoim głosie. Moja dłoń, która wciąż zaciskała się na ramieniu Laurenta, nawet na chwilę nie zelżała. Wręcz przeciwnie.
I szkoda, że nie przyszło nam się poznać w innych warunkach, jasnowłosy bożku. Ujrzałbyś może, ku odrobinie szczęścia, jak te zmysłowe usta rozszerzają się w zniewalającym uśmiechu, jak męski, pewny siebie śmiech wydobywa się spomiędzy warg, subtelnie łaskocząc je wydychanym powietrzem. Przede wszystkim poznałbyś Astarotha z przyjaznej strony, nie zaś ze strony nieprzejednanego łowcy, zdecydowanego i brutalnego, jeśli zachodziła taka potrzeba. Choć wciąż kusząco wysportowanego, pewnego siebie, z oczami przycienionymi elektryzującym gniewem... i jednocześnie tak młodzieńczo delikatnego. To zdecydowanie twarz chłopca wciąż była, nie zaś mężczyzny, mimo że pragnąłem uchodzić za męża dojrzałego.
Wpatrywał się we mnie uważnie, jakby oceniając. Lustrował spojrzeniem, myślał o czymś, co było poza moim zasięgiem. Mógł właśnie rozważać potencjalne drogi ucieczki, przekręty, kolejne zbrodnie przeciwko ludzkości, w tym przeciwko mnie. I żałowałem, że zgubiłem dzidę, bo jedynym praktycznym rozwiązaniem w tym przypadku byłoby przebicie serca delikwenta, co by więcej już żadnego biedaka do morza nie zwiodło, a jednak... Mój oręż przepadł, reszta rzeczy zapewne znajdowała się kilkaset metrów od nas, więc pozostały mi pięści. Można by się było zdziwić, w jak łatwy sposób można kogoś pozbawić życia. O ile, rzecz oczywista, nie stawiałby oporu... A Laurent stawiałby i się domyślam, że jego rodzina to dopiero postawiłaby opór przeciwko mnie, gdyby coś się stało biednemu książęciu.
- Myślę, Panie Prewett, że to nieodpowiednia chwila by łapać mnie za słowa - odparłem, przywdziewając ton zbliżony do tego tonu, którego używał sam Laurent, prewettowski panicz, bękart selkie. Wyprostowałem się dumnie, tak dumnie, że nawet matka byłaby z tego dumna, gdyby mnie teraz zauważyła. Toć to ten młody panicz, smark od Yaxleyów, ale kto by pomyślał, że też to paniczowskie obycie miałem we krwi. - W przeciwieństwie do Pana, jestem tu służbowo i, całkowitym przypadkiem, szukając morskiej bestii, która kusi niewinnych by weszli w odmęty tej bestialskiej wody, trafiam na Pana, Panie Prewett. Czarodzieja z domieszką krwi selkie - zauważyłem ze znacznym śladem jadu w swoim głosie. Moja dłoń, która wciąż zaciskała się na ramieniu Laurenta, nawet na chwilę nie zelżała. Wręcz przeciwnie.
I szkoda, że nie przyszło nam się poznać w innych warunkach, jasnowłosy bożku. Ujrzałbyś może, ku odrobinie szczęścia, jak te zmysłowe usta rozszerzają się w zniewalającym uśmiechu, jak męski, pewny siebie śmiech wydobywa się spomiędzy warg, subtelnie łaskocząc je wydychanym powietrzem. Przede wszystkim poznałbyś Astarotha z przyjaznej strony, nie zaś ze strony nieprzejednanego łowcy, zdecydowanego i brutalnego, jeśli zachodziła taka potrzeba. Choć wciąż kusząco wysportowanego, pewnego siebie, z oczami przycienionymi elektryzującym gniewem... i jednocześnie tak młodzieńczo delikatnego. To zdecydowanie twarz chłopca wciąż była, nie zaś mężczyzny, mimo że pragnąłem uchodzić za męża dojrzałego.