14.03.2024, 00:43 ✶
Dawno już niczego tak nie spierdzielił. Naprawdę, powinien dostać za to jakiś order największego idioty w Wielkiej Brytanii. Naprawdę jednak zaczęło się od tego, że jego ojciec podupadł na zdrowiu, potem wyszło, że nie może dalej prowadzić gospodarki i nadszedł czas na przepisanie jej na któreś z dzieci, co doprowadziło do trzech pożarów, wypadku z bronią palną, otrucia (choć tu był to tylko wypadek) oraz niezliczonej ilości kłótni, podczas których Thomas był mediatorem, jako jedyna osoba niezainteresowana tym przeklętym majątkiem. A potem jak wrócił do rzeczywistości, to zdał sobie sprawę, że minął prawie miesiąc od kiedy napisał ostatni list.
Spanikował. Wiedział, że spierdolił sprawę, dni jednak uciekały mu wtedy przez palce, codziennie mówił sobie, że da znać co się dzieje jutro, jak będzie miał więcej siły, za dwa dni, jak znów wróci do Londynu, za trzy, gdy upora się z przerwą w pracy.
Gdy zdał sobie sprawę z rzeczywistego upływu czasu, nie wiedział co zrobić. Cisza od strony Gerry nie pomagała. Myślał, że wszystko zaprzepaścił. Że prawdopodobnie kobieta nie chce go już więcej znać, postawiła na nim krzyżyk i zapomniała o nim, szukając swojego szczęścia gdzie indziej.
A jednak dostał ten list. A potem kolejny i kolejny i wiedział, że da radę jeszcze uratować to, co zaczynało się między nimi tworzyć, nie ważne jaką miało przybrać formę. Lubił rozmawiać z Ger, lubił z nią pisać i po prostu spędzać czas. I nie chciał znów stracić tej możliwości.
Również darował sobie miotłę i przyszedł na piechotę. Miał na sobie zwykłe jeansy i szarą, luźną koszulkę, oraz zwykłe trampki. Na włosach tkwiły wetknięte czarne okulary przeciwsłoneczne, przez ramię przewiesił swoją ukochaną kurtkę, ot, na wypadek, kiedy miałoby być zimno. Miał ze sobą sporej wielkości plecak, w ręce trzymał zaś wiklinowy koszyk piknikowy, z którego wystawała
błękitna chusta. Właśnie tak wyglądając wyłonił się spomiędzy drzew, zatrzymując się nagle na widok Gerry. Miał nadzieję, że będzie pierwszy, widocznie jednak mógł się bardziej pośpieszyć. To jednak nic.
Dzięki temu mógł przez chwilę bezkarnie popatrzeć na kobietę, która w jego oczach kompletnie nic się nie zmieniła. Może miała na twarzy trochę więcej piegów, włosy lekko pojaśniały od słońca, ten widok niezmiernie go jednak ucieszył.
Ruszył w jej stronę, stając przed nią mniej więcej w odległości metra, uśmiechając się lekko niepewnie.
- Cześć - rzucił, odstawiając koszyk i plecak na ziemię, szukając słów które mógłby wypowiedzieć. Znów powinien przeprosić? Zacząć się tłumaczyć. Paść jej do stup i błagać o wybaczenie? - Głodna? - wypalił. Cóż, tak też można było zacząć rozmowę.
Spanikował. Wiedział, że spierdolił sprawę, dni jednak uciekały mu wtedy przez palce, codziennie mówił sobie, że da znać co się dzieje jutro, jak będzie miał więcej siły, za dwa dni, jak znów wróci do Londynu, za trzy, gdy upora się z przerwą w pracy.
Gdy zdał sobie sprawę z rzeczywistego upływu czasu, nie wiedział co zrobić. Cisza od strony Gerry nie pomagała. Myślał, że wszystko zaprzepaścił. Że prawdopodobnie kobieta nie chce go już więcej znać, postawiła na nim krzyżyk i zapomniała o nim, szukając swojego szczęścia gdzie indziej.
A jednak dostał ten list. A potem kolejny i kolejny i wiedział, że da radę jeszcze uratować to, co zaczynało się między nimi tworzyć, nie ważne jaką miało przybrać formę. Lubił rozmawiać z Ger, lubił z nią pisać i po prostu spędzać czas. I nie chciał znów stracić tej możliwości.
Również darował sobie miotłę i przyszedł na piechotę. Miał na sobie zwykłe jeansy i szarą, luźną koszulkę, oraz zwykłe trampki. Na włosach tkwiły wetknięte czarne okulary przeciwsłoneczne, przez ramię przewiesił swoją ukochaną kurtkę, ot, na wypadek, kiedy miałoby być zimno. Miał ze sobą sporej wielkości plecak, w ręce trzymał zaś wiklinowy koszyk piknikowy, z którego wystawała
błękitna chusta. Właśnie tak wyglądając wyłonił się spomiędzy drzew, zatrzymując się nagle na widok Gerry. Miał nadzieję, że będzie pierwszy, widocznie jednak mógł się bardziej pośpieszyć. To jednak nic.
Dzięki temu mógł przez chwilę bezkarnie popatrzeć na kobietę, która w jego oczach kompletnie nic się nie zmieniła. Może miała na twarzy trochę więcej piegów, włosy lekko pojaśniały od słońca, ten widok niezmiernie go jednak ucieszył.
Ruszył w jej stronę, stając przed nią mniej więcej w odległości metra, uśmiechając się lekko niepewnie.
- Cześć - rzucił, odstawiając koszyk i plecak na ziemię, szukając słów które mógłby wypowiedzieć. Znów powinien przeprosić? Zacząć się tłumaczyć. Paść jej do stup i błagać o wybaczenie? - Głodna? - wypalił. Cóż, tak też można było zacząć rozmowę.