14.03.2024, 02:49 ✶
— Przeciwnie, mam wrażenie, że wszyscy mi wywiercają dziurę w plecach.
Wyznanie to było prawdziwe i o ile Ollivanderówna była po prostu z natury nieśmiała, to całkiem przypadkowo w tym momencie miała poniekąd rację. Ktoś się im przypatrywał, gniewną piąstkę zaciskając skrycie, ktoś nie życzył jej dobrze i gdyby nie podarowane przez Morpheusa trzewiki, to najpewniej już dawno skończyłaby pod wirującymi nogami tańczących Longbottomów i im podobnych.
— Spróbuję — odparła, posłusznie przymykając oczy.
I był to błąd.
Dym papierosów, dym szeptów, zgiełk wewnętrznych pragnień. Nie znała dobrze tonu głosów i tonu oddechów za zamkniętymi drzwiami, nie znała całego, skrojonego dystansu przed zachrypniętym zamkiem, przekręcanym natychmiast pospieszną inkantacją. Nie znała za zbyt dobrze bliskości i ciężaru cudzej, zniecierpliwionej dłoni zaciskanej na ramieniu, sunącej na krawędź bioder. Opuszków palców wędrujących po tkaninie, odbijającej się subtelnie na całunie nagiej skóry. Może dlatego wydawać jej się zaczęło, że w tym niewinnym tańcu czyni coś sprośnego i niegodnego ludzkiego spojrzenia, coś za co powinna się była wstydzić i powinna była odpowiadać przed majestatem najświętszej prawości, którą była przyzwoita socjeta, najprawdopodobniej na czele z jej własną rodziną.
Otworzyła oczy pochłonięta palącym rumieńcem; rozglądała się przy tym na boki, jakby obudzona z przewlekłego, głębokiego snu, zlękniona iż ktoś wdarł się na chwilę do jej głowy i ujrzał obrazy bezwstydnie rozkwitłe. A może wcale jej nie oceniali? Tutaj, każdy z obecnych gości pozwalał sobie na więcej niż kiedykolwiek ona by sobie pozwoliła, a przecież więcej było bardzo żarłocznym słowem, pozbawionym końca.
— Dla mnie jesteś, Morpheusu. Jeszcze się nie przewróciłam, a to wyłącznie dzięki tobie.
Odpowiedziała mu na ucho, a napastliwa myśl przecięła orbitę jej umysłu — czy musiał być aż tak blisko?
Wyznanie to było prawdziwe i o ile Ollivanderówna była po prostu z natury nieśmiała, to całkiem przypadkowo w tym momencie miała poniekąd rację. Ktoś się im przypatrywał, gniewną piąstkę zaciskając skrycie, ktoś nie życzył jej dobrze i gdyby nie podarowane przez Morpheusa trzewiki, to najpewniej już dawno skończyłaby pod wirującymi nogami tańczących Longbottomów i im podobnych.
— Spróbuję — odparła, posłusznie przymykając oczy.
I był to błąd.
Dym papierosów, dym szeptów, zgiełk wewnętrznych pragnień. Nie znała dobrze tonu głosów i tonu oddechów za zamkniętymi drzwiami, nie znała całego, skrojonego dystansu przed zachrypniętym zamkiem, przekręcanym natychmiast pospieszną inkantacją. Nie znała za zbyt dobrze bliskości i ciężaru cudzej, zniecierpliwionej dłoni zaciskanej na ramieniu, sunącej na krawędź bioder. Opuszków palców wędrujących po tkaninie, odbijającej się subtelnie na całunie nagiej skóry. Może dlatego wydawać jej się zaczęło, że w tym niewinnym tańcu czyni coś sprośnego i niegodnego ludzkiego spojrzenia, coś za co powinna się była wstydzić i powinna była odpowiadać przed majestatem najświętszej prawości, którą była przyzwoita socjeta, najprawdopodobniej na czele z jej własną rodziną.
Otworzyła oczy pochłonięta palącym rumieńcem; rozglądała się przy tym na boki, jakby obudzona z przewlekłego, głębokiego snu, zlękniona iż ktoś wdarł się na chwilę do jej głowy i ujrzał obrazy bezwstydnie rozkwitłe. A może wcale jej nie oceniali? Tutaj, każdy z obecnych gości pozwalał sobie na więcej niż kiedykolwiek ona by sobie pozwoliła, a przecież więcej było bardzo żarłocznym słowem, pozbawionym końca.
— Dla mnie jesteś, Morpheusu. Jeszcze się nie przewróciłam, a to wyłącznie dzięki tobie.
Odpowiedziała mu na ucho, a napastliwa myśl przecięła orbitę jej umysłu — czy musiał być aż tak blisko?