14.03.2024, 03:47 ✶
Po prostu co?
Emocje, które odczuwała, nigdy nie były proste — przypominały raczej całkowicie bezładne, rozrzucone fragmenty układanki, zniszczony, ostygły szkielet pordzewiałego placu zabaw, puste żebra drabinek i osowiałe, szarpane wiatrem huśtawki. Nie wypełniały się, odkąd sięgała pamięcią, donośnym, beztroskim śmiechem, prędzej niejednostajnym oddechem, gardłowymi chrząknięciami, od których pogłosu ściskała ją nieprzyjemnie przepona i rozdrażnione płuca. Nie potrafiła utrzymać przy sobie ludzi, bo ci jak senne mary pojawiali się i znikali, zanim pęk więzi mógłby zawiązać się w jej duszy.
A może na jej szyi?
Bo przecież co innego jak nie ścisk gardła czuła gdy się oddalał, gdy pospiesznie kroczył ścieżkami, których nie znała, nie rozumiała i nie chciała zrozumieć. Co innego czuła, gdy widziała go z kobietami i mężczyznami, z którymi dzielił łoże, a w każdej innej chwili mógłby dzielić i całe życie — czym było to wszystko, jeśli nie grubą, szorstką pętlą na jej szyi?
Jak miała mu to wyjaśnić? Ciężkie westchnienie opuściło jej płuca, ale nie utrąciło ni grama ulgi. Nie. Nie powiedziałaby mu nic, nawet gdyby znała odpowiedzi na własne pytania.
Chwila, której doświadczała, była jak niepozorny, trzęsący się płomień świecy, ślad niewielkiego ogarka zawieszonego jaskrawym, niewyraźnym przecinkiem rozcinającym zdania spisane przez gęsty półmrok. Mogła użyć jednego słowa — i najwłaściwszym wydało się przygaszenie, porównywalne do tego gdy przygaszone stawały się salwy śmiechów i kanonady rozmów, gdy wszyscy rozchodzili się do domów.
— Wiem, Levi. Rozumiem. Naprawdę — odparła zrezygnowana.
Obiecałem, prawda?
Choć nie byli absolutnymi, fizycznymi przeciwieństwami, to różniło ich tak wiele, może za wiele — mimo tego, po tych niezliczonych latach, wciąż patrzyła na niego niczym w zwierciadło. Był jej odbiciem, może nie do końca prawdziwym, na pewno noszącym jakieś fałszywe, zepsute nuty, ale patrząc na Leviego, patrzyła na siebie. Rowle ze zwierciadła zdjąłby płachty swojej muskularnej powłoki, odkleiłby z siebie każdy milimetr czystokrwistej skóry, stojąc przed nią jako chory wytwór jej własnej jaźni, niespójna, przedziwna replika Septimy Ollivander. Nie chciała odwracać wzroku, nie chciała narzucać na lustro czarnej kurtyny. Nie mogła tego uczynić, nie mogła odejść. Czy istniało coś co znała równie lepiej, co własne, naruszone krzywizną powierzchni odbicie?
— Czy masz mnie czasem dość?
I ona zajrzała w jego jasne, znajome oczy, ale nie wiedziała czego w nich szukała.
Prawdy? A może czegoś dużo przyjemniejszego?
Emocje, które odczuwała, nigdy nie były proste — przypominały raczej całkowicie bezładne, rozrzucone fragmenty układanki, zniszczony, ostygły szkielet pordzewiałego placu zabaw, puste żebra drabinek i osowiałe, szarpane wiatrem huśtawki. Nie wypełniały się, odkąd sięgała pamięcią, donośnym, beztroskim śmiechem, prędzej niejednostajnym oddechem, gardłowymi chrząknięciami, od których pogłosu ściskała ją nieprzyjemnie przepona i rozdrażnione płuca. Nie potrafiła utrzymać przy sobie ludzi, bo ci jak senne mary pojawiali się i znikali, zanim pęk więzi mógłby zawiązać się w jej duszy.
A może na jej szyi?
Bo przecież co innego jak nie ścisk gardła czuła gdy się oddalał, gdy pospiesznie kroczył ścieżkami, których nie znała, nie rozumiała i nie chciała zrozumieć. Co innego czuła, gdy widziała go z kobietami i mężczyznami, z którymi dzielił łoże, a w każdej innej chwili mógłby dzielić i całe życie — czym było to wszystko, jeśli nie grubą, szorstką pętlą na jej szyi?
Jak miała mu to wyjaśnić? Ciężkie westchnienie opuściło jej płuca, ale nie utrąciło ni grama ulgi. Nie. Nie powiedziałaby mu nic, nawet gdyby znała odpowiedzi na własne pytania.
Chwila, której doświadczała, była jak niepozorny, trzęsący się płomień świecy, ślad niewielkiego ogarka zawieszonego jaskrawym, niewyraźnym przecinkiem rozcinającym zdania spisane przez gęsty półmrok. Mogła użyć jednego słowa — i najwłaściwszym wydało się przygaszenie, porównywalne do tego gdy przygaszone stawały się salwy śmiechów i kanonady rozmów, gdy wszyscy rozchodzili się do domów.
— Wiem, Levi. Rozumiem. Naprawdę — odparła zrezygnowana.
Obiecałem, prawda?
Choć nie byli absolutnymi, fizycznymi przeciwieństwami, to różniło ich tak wiele, może za wiele — mimo tego, po tych niezliczonych latach, wciąż patrzyła na niego niczym w zwierciadło. Był jej odbiciem, może nie do końca prawdziwym, na pewno noszącym jakieś fałszywe, zepsute nuty, ale patrząc na Leviego, patrzyła na siebie. Rowle ze zwierciadła zdjąłby płachty swojej muskularnej powłoki, odkleiłby z siebie każdy milimetr czystokrwistej skóry, stojąc przed nią jako chory wytwór jej własnej jaźni, niespójna, przedziwna replika Septimy Ollivander. Nie chciała odwracać wzroku, nie chciała narzucać na lustro czarnej kurtyny. Nie mogła tego uczynić, nie mogła odejść. Czy istniało coś co znała równie lepiej, co własne, naruszone krzywizną powierzchni odbicie?
— Czy masz mnie czasem dość?
I ona zajrzała w jego jasne, znajome oczy, ale nie wiedziała czego w nich szukała.
Prawdy? A może czegoś dużo przyjemniejszego?