14.03.2024, 09:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.03.2024, 09:20 przez Brenna Longbottom.)
- Z bajki o trzech braciach, którzy pewnego wieczora napotkali śmierć - wyjaśniła Brenna, spoglądając na znak na grobie, a potem przesunęła nad nim palcem, nie dotykając kamienia, ale pokazując znaczenia. – Kreska: różdżka. Koło: kamień wskrzeszenia. Trójkąt: peleryna niewidka. Trzy podarunki dla trzech braci, połączone w jedno. Może on bardzo lubił tę baśń. Albo uważał się za poszukiwacza darów śmierci.
Sama Brenna lubiła baśnie i rodzinne historie, ale nie grzebała w tym aż tak mocno, by zdawać sobie sprawę z tego, że stoi nad grobem trzeciego brata. Że on zapewne sam ten jeden z "darów śmierci" stworzył, i że ten przeszedł przed ręce jej własnego wuja w dłonie młodego kuzyna Jamesa.
Niektóre opowieści są tak przedziwne, że ciężko uwierzyć, że nie są tylko tym właśnie: opowieścią. To była jedna z tych tajemnic, które leżały tuż za zasłoną i których Brenna nie miała zapewne nigdy odkryć. Zwłaszcza, że jej nigdy nie przyszło do głowy, by szukać różdżki, która pozwala pokonać każdego ani kamienia, mogącego przywołać umarłych zza grobu. Takie różdżki mogły przynieść w jej opinii tylko kłopoty, a cudze dusze należało pozostawić w spokoju. Nie wiedziała nawet, że przynajmniej różdżka mogła istnieć naprawdę, że zapisała swój krwawy szlak w historii, zawsze prędzej czy później gdzieś się objawiając.
- To była bogata rodzina, podobno słynąca z bardzo potężnych czarodziejów. Pewnie w jakiś sposób go zaklęto? - zastanowiła się raczej niż stwierdziła, bo wcale nie była pewna: równie dobrze płytę można było wykonać z jakiegoś bardzo mocnego kamienia.
Podniosła głowę, słysząc znajomy głos. Dolina Godryka nie była specjalnie wielka, więc wpadnięcie na kogoś znanego podczas spaceru nie było zaskakujące – właściwie można było uznać je za spodziewane.
– Cześć, Sam – przywitała się, odwracając ku mężczyźnie i obdarzając go uśmiechem. Potem jej wzrok powędrował ku ławce, którą naprawiał. – Pani Boringen cię zatrudniła? – spytała, chociaż raczej retorycznie. Uśmiech nieco przybladł, a Brenna westchnęła mimowolnie, bo tej kobiety było jej zwyczajnie żal: była ewidentnie straszliwie samotna.
Ona pewnie uległaby pokusie kamienia wskrzeszeń.
– To mój przyjaciel, Sam, mieszka w tej chwili w Dolinie. To Guinevere McGongall, przyjechała niedawno do Anglii z Egiptu, interesuje się historią, więc pokazywałam jej cmentarz – powiedziała Brenna, dokonując prezentacji i cofając się o krok, by nie stać pomiędzy nimi. Nie miała pojęcia, że zasadniczo przedstawienie nie było konieczne – lekkie zaniepokojenie Samuela wzięła za jego zwykłą obawę przed zetknięciem z kimś całkiem obcym.
Sama Brenna lubiła baśnie i rodzinne historie, ale nie grzebała w tym aż tak mocno, by zdawać sobie sprawę z tego, że stoi nad grobem trzeciego brata. Że on zapewne sam ten jeden z "darów śmierci" stworzył, i że ten przeszedł przed ręce jej własnego wuja w dłonie młodego kuzyna Jamesa.
Niektóre opowieści są tak przedziwne, że ciężko uwierzyć, że nie są tylko tym właśnie: opowieścią. To była jedna z tych tajemnic, które leżały tuż za zasłoną i których Brenna nie miała zapewne nigdy odkryć. Zwłaszcza, że jej nigdy nie przyszło do głowy, by szukać różdżki, która pozwala pokonać każdego ani kamienia, mogącego przywołać umarłych zza grobu. Takie różdżki mogły przynieść w jej opinii tylko kłopoty, a cudze dusze należało pozostawić w spokoju. Nie wiedziała nawet, że przynajmniej różdżka mogła istnieć naprawdę, że zapisała swój krwawy szlak w historii, zawsze prędzej czy później gdzieś się objawiając.
- To była bogata rodzina, podobno słynąca z bardzo potężnych czarodziejów. Pewnie w jakiś sposób go zaklęto? - zastanowiła się raczej niż stwierdziła, bo wcale nie była pewna: równie dobrze płytę można było wykonać z jakiegoś bardzo mocnego kamienia.
Podniosła głowę, słysząc znajomy głos. Dolina Godryka nie była specjalnie wielka, więc wpadnięcie na kogoś znanego podczas spaceru nie było zaskakujące – właściwie można było uznać je za spodziewane.
– Cześć, Sam – przywitała się, odwracając ku mężczyźnie i obdarzając go uśmiechem. Potem jej wzrok powędrował ku ławce, którą naprawiał. – Pani Boringen cię zatrudniła? – spytała, chociaż raczej retorycznie. Uśmiech nieco przybladł, a Brenna westchnęła mimowolnie, bo tej kobiety było jej zwyczajnie żal: była ewidentnie straszliwie samotna.
Ona pewnie uległaby pokusie kamienia wskrzeszeń.
– To mój przyjaciel, Sam, mieszka w tej chwili w Dolinie. To Guinevere McGongall, przyjechała niedawno do Anglii z Egiptu, interesuje się historią, więc pokazywałam jej cmentarz – powiedziała Brenna, dokonując prezentacji i cofając się o krok, by nie stać pomiędzy nimi. Nie miała pojęcia, że zasadniczo przedstawienie nie było konieczne – lekkie zaniepokojenie Samuela wzięła za jego zwykłą obawę przed zetknięciem z kimś całkiem obcym.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.