14.03.2024, 09:31 ✶
Brenna lubiła gadać, często rzeczy niestworzone. I nawet jej własny brat niekiedy nie był pewny, czy żartuje, czy mówi poważnie, bo zdawało się jej mówić prawdę w taki sposób, że brzmiała jak najbardziej oczywiste kłamstwo, i kłamać komuś prosto w oczy tak malowniczo, i z tak poważną miną, że ktoś przez chwilę niekiedy sądził, że te wszystkie absurdy wygaduje na poważnie.
Niektórych to drażniło, inni się do tego przyzwyczajali, a byli i tacy, którzy w pewnym sensie o lubili. Jeżeli zaś wyłapała jego podejrzliwość, to nijak nie dała tego po sobie poznać, ale po prawdzie, nie domyślała się nawet jej źródeł – dla niej absolutnie nie było czymś dziwnym, że ktoś zna cudze nazwiska. Była wręcz zdziwiona, gdy odkrywała, że całkiem spora część jej rówieśników nie ma pojęcia, kto chodzi na rok wyżej czy na rok niżej.
– Hej, mówisz do Gryfonki. Chyba nie oczekujesz od moich planów więcej sensu niż „wszyscy razem na trzy cztery”? Poza tym miecz obosieczny wcale nie wali w dwie strony, tu zupełnie o co innego chodzi – oświadczyła, a to ze względu na fakt, że była dziewczynką absolutnie zafiksowaną na punkcie broni białej. Tradycja rodzinna, kultywowana przez niektórych członków rodziny, w tym samą Brennę, niemalże wręcz z religijną pilnością. Nie miała jednak okazji śmiertelnie Feliciana zanudzić, ponieważ pojawił się kolejny przedstawiciel czcigodnego domu Slytherina.
- Kurcze, człowieku, musiałeś popsuć mój plan? - westchnęła Brenna teatralnie, jednocześnie niby to przypadkiem przy obracaniu się do drugiego Ślizgona przesuwając tak, by znaleźć pomiędzy nim a Felicianem. Bo tak, dostrzegła ten ruch z różdżką i bardzo nie chciała, żeby tutaj doszło do wymiany ognia, odsyłania kogoś do skrzydła szpitalnego, odejmowania punktów, szlabanów… to wszystko było takie kłopotliwe. - Ja tutaj wszystko od całych lat planuję, tak co najmniej dziesięciu, namawiam Irytka do współpracy, tworzę całą sytuację, malowniczo ze schodów się zwalam, a ty musisz rozwalać atmosferę w kluczowym momencie? Poważnie? – spytała z udawanym rozczarowaniem, rozkładając jeszcze ręce, tak dla podkreślenia efektu.
Nie, niezbyt się bała, że ktokolwiek weźmie to na poważnie. Brenna... po prostu nie umawiała się z chłopcami, chłopcy nie umawiali się z nią, była ich kumpelą, o ile nie kumplem wręcz.
- Pojebana jesteś, Longbottom? - zapytał, na moment zamierając z tym jabłkiem w dłoni.
- Podobno od urodzenia - odparła niemalże radośnie, posyłając chłopcu uśmiech. – No nie rób takiej miny, jeszcze tak ci zostanie i co będzie?
– I tak będę wyglądał lepiej od ciebie!
– No to już kwestia gustu, ale dobrze być pewnym siebie i znać własną wartość.
Niektórych to drażniło, inni się do tego przyzwyczajali, a byli i tacy, którzy w pewnym sensie o lubili. Jeżeli zaś wyłapała jego podejrzliwość, to nijak nie dała tego po sobie poznać, ale po prawdzie, nie domyślała się nawet jej źródeł – dla niej absolutnie nie było czymś dziwnym, że ktoś zna cudze nazwiska. Była wręcz zdziwiona, gdy odkrywała, że całkiem spora część jej rówieśników nie ma pojęcia, kto chodzi na rok wyżej czy na rok niżej.
– Hej, mówisz do Gryfonki. Chyba nie oczekujesz od moich planów więcej sensu niż „wszyscy razem na trzy cztery”? Poza tym miecz obosieczny wcale nie wali w dwie strony, tu zupełnie o co innego chodzi – oświadczyła, a to ze względu na fakt, że była dziewczynką absolutnie zafiksowaną na punkcie broni białej. Tradycja rodzinna, kultywowana przez niektórych członków rodziny, w tym samą Brennę, niemalże wręcz z religijną pilnością. Nie miała jednak okazji śmiertelnie Feliciana zanudzić, ponieważ pojawił się kolejny przedstawiciel czcigodnego domu Slytherina.
- Kurcze, człowieku, musiałeś popsuć mój plan? - westchnęła Brenna teatralnie, jednocześnie niby to przypadkiem przy obracaniu się do drugiego Ślizgona przesuwając tak, by znaleźć pomiędzy nim a Felicianem. Bo tak, dostrzegła ten ruch z różdżką i bardzo nie chciała, żeby tutaj doszło do wymiany ognia, odsyłania kogoś do skrzydła szpitalnego, odejmowania punktów, szlabanów… to wszystko było takie kłopotliwe. - Ja tutaj wszystko od całych lat planuję, tak co najmniej dziesięciu, namawiam Irytka do współpracy, tworzę całą sytuację, malowniczo ze schodów się zwalam, a ty musisz rozwalać atmosferę w kluczowym momencie? Poważnie? – spytała z udawanym rozczarowaniem, rozkładając jeszcze ręce, tak dla podkreślenia efektu.
Nie, niezbyt się bała, że ktokolwiek weźmie to na poważnie. Brenna... po prostu nie umawiała się z chłopcami, chłopcy nie umawiali się z nią, była ich kumpelą, o ile nie kumplem wręcz.
- Pojebana jesteś, Longbottom? - zapytał, na moment zamierając z tym jabłkiem w dłoni.
- Podobno od urodzenia - odparła niemalże radośnie, posyłając chłopcu uśmiech. – No nie rób takiej miny, jeszcze tak ci zostanie i co będzie?
– I tak będę wyglądał lepiej od ciebie!
– No to już kwestia gustu, ale dobrze być pewnym siebie i znać własną wartość.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.