14.03.2024, 09:53 ✶
- Nie no, to musiałabym zamienić cię w pufka, a transmutacja żywego w żywe jest trochę skomplikowana, poza tym co to za dekoracja halloweenowa? Pufek? Nie, nie, na Noc Duchów potrzebujemy dyni. Ewentualnie mogłabym cię transmutować w szkielet, właściwie to taki szkielet w szafie to całkiem fajna ozdoba... ooo... i pajęczyny! Dodamy też pajęczyny!
Tajemnica siedzenia Brenny na gzymsie była bardzo prosta - rozstawiała na nim dynie, pomiędzy którymi teraz siedziała, aby pięknie udekorować Pokój Wspólny na Noc Duchów. (Noc Duchów zdaniem Brenny była równie świetna jak Yule i zasługiwała na wspaniałą oprawę, i nie tylko dlatego, że gdy nadchodziła w Wielkiej Sali pełno było dyniowego soku i pasztecików z dyni i innych cudownych dań.)
Chwilę później jednak wszystkie plany szkieletowe i pajęczynowe zostały zepchnięte na bok, bo zleciała z tego gzymsu. I to nie byłby żaden problem – bardziej bolał rozbity nos niż upadek, Brenna miała ogromne doświadczenie w spadaniu z różnych miejsc – gdyby nie to, że Isaac bohatersko, iście po gryfońsku, rzucił się jej na ratunek…
– A ty gdzie!!! – zdążyła tylko krzyknąć, ale było już za późno. Jedną dynię trochę kopnął, na szczęście nie uszkadzając jej mocno, za to drugą rozdeptał. – O nie, nie, nie, Bagshot – oświadczyła, kiedy tylko przy niej przykucnął. Kompletnie zignorowała krew cieknącą jej po nosie, a nawet rękaw, który został przyciśnięty do tegoż nosa (co może jej nie dusiło, ale za to zabolało). Wypuściła trzymaną dotąd kurczowo książkę o historii magii i szybkim gestem złapała go za kołnierz. A pechowo dla niego, chwyt miała dość silny – w rodzinie Longbottomów przykładano równie wiele uwagi do aktywności fizycznej, jak do magii. Brenna od wielu lat spędzała na bieganiu, walce bronią białą z bratem czy okładaniu się na pięści z kuzynką równie wiele czasu, co na ćwiczeniu zaklęć.
I z tym nie nie nie wcale nie chodziło o to, że oburzyła się o przyrównywanie jej nosa do ziemniaka. Mógł przyrównywać go do ziemniaka, pora albo marchewki, Brenny by to zbytnio nie poruszyło, nigdy nie była przewrażliwiona na punkcie swojego wyglądu, za to dynie!!!!
– Wisisz mi dynię – oświadczyła, palcem wolnej ręki wskazując na tę rozgniecioną dynię. - I to taką dużą, już wydrążoną i wyciętą, a ich wycinanie w c a l e nie jest łatwe, i żebyś wiedział, ile trzeba się namęczyć, żeby je wydłubać z wnętrzności.
Tajemnica siedzenia Brenny na gzymsie była bardzo prosta - rozstawiała na nim dynie, pomiędzy którymi teraz siedziała, aby pięknie udekorować Pokój Wspólny na Noc Duchów. (Noc Duchów zdaniem Brenny była równie świetna jak Yule i zasługiwała na wspaniałą oprawę, i nie tylko dlatego, że gdy nadchodziła w Wielkiej Sali pełno było dyniowego soku i pasztecików z dyni i innych cudownych dań.)
Chwilę później jednak wszystkie plany szkieletowe i pajęczynowe zostały zepchnięte na bok, bo zleciała z tego gzymsu. I to nie byłby żaden problem – bardziej bolał rozbity nos niż upadek, Brenna miała ogromne doświadczenie w spadaniu z różnych miejsc – gdyby nie to, że Isaac bohatersko, iście po gryfońsku, rzucił się jej na ratunek…
– A ty gdzie!!! – zdążyła tylko krzyknąć, ale było już za późno. Jedną dynię trochę kopnął, na szczęście nie uszkadzając jej mocno, za to drugą rozdeptał. – O nie, nie, nie, Bagshot – oświadczyła, kiedy tylko przy niej przykucnął. Kompletnie zignorowała krew cieknącą jej po nosie, a nawet rękaw, który został przyciśnięty do tegoż nosa (co może jej nie dusiło, ale za to zabolało). Wypuściła trzymaną dotąd kurczowo książkę o historii magii i szybkim gestem złapała go za kołnierz. A pechowo dla niego, chwyt miała dość silny – w rodzinie Longbottomów przykładano równie wiele uwagi do aktywności fizycznej, jak do magii. Brenna od wielu lat spędzała na bieganiu, walce bronią białą z bratem czy okładaniu się na pięści z kuzynką równie wiele czasu, co na ćwiczeniu zaklęć.
I z tym nie nie nie wcale nie chodziło o to, że oburzyła się o przyrównywanie jej nosa do ziemniaka. Mógł przyrównywać go do ziemniaka, pora albo marchewki, Brenny by to zbytnio nie poruszyło, nigdy nie była przewrażliwiona na punkcie swojego wyglądu, za to dynie!!!!
– Wisisz mi dynię – oświadczyła, palcem wolnej ręki wskazując na tę rozgniecioną dynię. - I to taką dużą, już wydrążoną i wyciętą, a ich wycinanie w c a l e nie jest łatwe, i żebyś wiedział, ile trzeba się namęczyć, żeby je wydłubać z wnętrzności.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.