14.03.2024, 11:03 ✶
– Ooooch... – niby powtórzył, bezmyślnie, głupio, a jednak w tym drugim "och" było zdecydowanie więcej treści. Twarz Samuela zmieniła się, zaskoczenie zmieszało się z niedowierzaniem i czymś na kształt radości, ekscytacji i nadziei.
Wielokrotnie zdarzało się, że Brenna chciała kogoś mu przedstawić. Działo się tak niemal za każdym razem, gdy nie widzieli się tylko we dwoje. Nie miał jej tego za złe, czuł podskórnie że Dziewczyna z Doliny, czyni to w dobrej wierze, choć sam zainteresowany, gdyby tylko mógł, to unikałby każdej takiej sytuacji. Każdej... poza tą.
Nazwisko klucz: McGonagall, noszone dumnie przez jego dziadka i nieco mniej dumnie przez matkę. Ze swoją rodziną miał niewielki kontakt w wieku trzech, czterech lat. Jako dziecko nie był świadom, jakie słowa musiały paść pomiędzy matką a jej kuzynostwem, tyle, że jedna z wizyt pewnego dnia okazała się tą ostatnią. Rodzice przez lata życia w odosobnieniu kształtowali w nim przekonanie, że jest częścią Kniei, a las jest najlepszym i najbezpieczniejszym terenem dla niego. Osiem lat nie wystarczyło, aby ta myśl wywietrzała z głowy, a dopiero kryzys cieni i upiorów spowodował, że w bólach musiał opuścić swój dom.
Osamotniony, pozbawiony kojącej zieleni wiekowych drzew, bardzo powoli uczył się funkcjonowania w społeczeństwie. Ale teraz, w tej jednej cmentarnej chwili, pomyślał o tym co w ziemi nie daje ukojenia zwłokom, ale życie temu, co na powierzchni. O korzeniach.
– Znałaś moją matkę? – wypalił od razu, nie odrywajac zafascynowanych błękitnych oczu od słonecznej skóry i szlachetnych rys Ginevry, szukając teraz podobieństw nie tylko w zapachu, ale też w wyglądzie, w kształcie twarzy, oczu, w kolorach choćby pojedynczych włosów. Nie pamiętał jej ze swojej przeszłości, ale też był świadom, że pamięta niewiele. Zbliżył się nawet do niej o krok znów, niepomny na społeczne zasady, gnany instynktem skrywanych w sobie zwierzęcych ciał, jakby chciał się upewnić, znów poczuć pod warstwą olejów z martwych i spalonych kwitów znajome tony kociego futra i ptasiego pierza.
Wielokrotnie zdarzało się, że Brenna chciała kogoś mu przedstawić. Działo się tak niemal za każdym razem, gdy nie widzieli się tylko we dwoje. Nie miał jej tego za złe, czuł podskórnie że Dziewczyna z Doliny, czyni to w dobrej wierze, choć sam zainteresowany, gdyby tylko mógł, to unikałby każdej takiej sytuacji. Każdej... poza tą.
Nazwisko klucz: McGonagall, noszone dumnie przez jego dziadka i nieco mniej dumnie przez matkę. Ze swoją rodziną miał niewielki kontakt w wieku trzech, czterech lat. Jako dziecko nie był świadom, jakie słowa musiały paść pomiędzy matką a jej kuzynostwem, tyle, że jedna z wizyt pewnego dnia okazała się tą ostatnią. Rodzice przez lata życia w odosobnieniu kształtowali w nim przekonanie, że jest częścią Kniei, a las jest najlepszym i najbezpieczniejszym terenem dla niego. Osiem lat nie wystarczyło, aby ta myśl wywietrzała z głowy, a dopiero kryzys cieni i upiorów spowodował, że w bólach musiał opuścić swój dom.
Osamotniony, pozbawiony kojącej zieleni wiekowych drzew, bardzo powoli uczył się funkcjonowania w społeczeństwie. Ale teraz, w tej jednej cmentarnej chwili, pomyślał o tym co w ziemi nie daje ukojenia zwłokom, ale życie temu, co na powierzchni. O korzeniach.
– Znałaś moją matkę? – wypalił od razu, nie odrywajac zafascynowanych błękitnych oczu od słonecznej skóry i szlachetnych rys Ginevry, szukając teraz podobieństw nie tylko w zapachu, ale też w wyglądzie, w kształcie twarzy, oczu, w kolorach choćby pojedynczych włosów. Nie pamiętał jej ze swojej przeszłości, ale też był świadom, że pamięta niewiele. Zbliżył się nawet do niej o krok znów, niepomny na społeczne zasady, gnany instynktem skrywanych w sobie zwierzęcych ciał, jakby chciał się upewnić, znów poczuć pod warstwą olejów z martwych i spalonych kwitów znajome tony kociego futra i ptasiego pierza.