Pokiwał gwałtownie głową. Giovanni nie miał za grosz zmysłu artystycznego czy poczucia estetyki. Wszelkie jego stroje były starannie dobrane na podstawie studiowania katalogów z modą. Ten klaun przesadnie ubierał się dopasowany do okazji. Wyjście do lasu? Pewnie przyjdzie ubrany jak myśliwy Lipton, XIX. wieczny bohater. Wieczorek poetycki? Może kryzy nie założy, ale od razu pomyślisz o Szekspirze na widok jego stroju. Urodziny babci? Pulower. Co tam szaty wyjściowe, czy chociażby odświętna koszula. Do babci musi być pulower i tyle. A od 1 grudnia kalesony, bez względu na pogodę. W końcu to sezon zimowy.
— Możesz sobie go nazywać wymówką, ale to nie ty musisz wysłuchiwać jego użalań się nad sobą, że "ojej, ale to wszystko beznadziejne, nie mam kontroli nad własnym życiem, Jonathan znowu zabalował, ale przecież należy mu się, może robić co chce, i tak mu tyle rzeczy zabroniłem, chlip chlip" — przedrzeźnił Gio i podłubał w uchu.
Posprząta dla niego? Jo zmierzył ją wzrokiem. Czy to oznacza, że zaprosi go ponownie? Tylko wtedy w jakim kontekście? To wszystko było zbyt skomplikowane. I dlaczego tak łatwo puszczała go do domu? Czyli jednak nie była aż tak nim zainteresowana. Oczywiście. Przecież był tylko przychlastem nie posiadającym nawet własnego ciała. A to, które użyczał, należało do osoby spostrzeganej przez nią jako niemalże brata, czyli kogoś totalnie aseksualnego. Wiedział, że to będzie problem, ale unikał tych myśli. Bo po co myślec o problemach, których nie da się rozwiązać.
— Eee... No cześć — odpowiedział nieco speszony. Trochę się zagubił w tym, czego ona mogła od niego oczekiwać. — Miło było cię widzieć i tak dalej...