Wodziła za każdym gestem Garricka samym spojrzeniem, mrużąc nieco oczy, unosząc dolne powieki, nie górne, jak większość osób. Przesunęła się nieznacznie, na bok, aby widzieć kątem oka drzwi wejściowe, gotowa zabrać syna, gdyby coś się wydarzyło. Gdyby spotkali kogoś, kogo nie powinni. Nie wiedziała, czy rodzeństwo Altaira ma już młode, w jakim wieku, nie interesowało ich to, a teraz ta niewiedza ciążyła w niej, jak kamień u stóp, sprawiając, że co rusz do ust i nosa wdzierała się jej fala niepokoju i zalewała ją paranoja.
— Różdżka jest niezbędna każdemu czarodziejowi, Sam, czy uczęszcza do szkoły, czy nie. To najważniejsze narzędzie. Różdżkarze są jak dzięcioły, doktorzy drzew. Ptaki wiedzą, gdzie uwić gniazdo, bobry gdzie zbudować tamę, różdżkarze tworzą z instynktem. Gdzieś tutaj jest dla ciebie idealna różdżka — wyjaśniła Berenika, nieco bardziej rozluźniona, gdy Ollivander zniknął w przepastnych przestrzeniach swojego sklepu w poszukiwaniu tej, o której myślał. Rosła w niej nadzieja, że pierwsza propozycja mężczyzny okaże się tą, która zareaguje na jej syna i będą mogli opuścić zakład, a później cały Londyn, pozostawiając go w tyle już na zawsze.
Do września, uświadomiła sobie, gdy będzie musiała odstawić syna na peron 9 i ¾. W głowie bzyczał jej głos jej jedynej przyjaciółki, chociaż nie słyszała go od dwóch lat, pozostając z nią w korespondencyjnej komitywie, o tym, jak niebezpiecznym pomysłem było całe przedsięwzięcie edukacji syna Altaira w Hogwarcie. Udawała, że tego nie widzi, zresztą w Kniei nie wyglądali tak samo, nie dało się im oczywiście odmówić pokrewieństwa, mężczyzna miał całkowitą pewność, że to jego syn, a gdyby to podważył, każdy na pierwszy rzut oka postukałby się w głowę i uznałby go na ślepca, głupca oraz idiotę. Nigdy jednak nie widziała syna w innym kontekście, a teraz... Na tle półek, w magicznym świetle, które kojarzyło jej się z Hogwartem, w miejskim ubraniu, jakby znów miała jedenaście lat i spotkała go po raz pierwszy w przedziale. Zapytał ją wtedy, milczącą i wystraszoną, o to, do którego domu chce, aby ją przydzieliła Tiara Przydziału.
Nie dała po sobie poznać nostalgii, jaka wpłynęła w jej serce. Należała do pragmatycznych osób, które nie pozwalają sobie na bujanie w obłokach. Od tego miała męża, on był myślicielem, ona kobietą czynu.
— Jeśli zaś żadna nie będzie pasować, zamówimy. Mam dla ciebie zadanie. Spróbuj odgadnąć drewno każdej przedstawionej różdżki, zanim pan Ollivander ją przedstawi, będziesz prowadził naszą następną wyprawę.
Wyprawy oznaczały nocowanie pod gołym niebem, zagłębianie się w dzicz i całkowicie oderwane od codzienności, nawet tak bliskiej z naturą, jaką prowadziła ich rodzina. Podczas wyprawy były jedynie obowiązki obozowe. Cała trójka je uwielbiała i prowadzenie jej oznaczało pokazanie ukochanych rzeczy i odrywanie zupełnie nowych.