Prychnął, kiedy najpierw pojawiło się to... kichnięcie, które było idealną odpowiedzią na zadane pytanie, a potem jeszcze wspaniały żart o drzewie. O kłodach. Rzucił krótkie "na zdrowie", tak jakby było to potrzebne i Fleamont miał naprawdę chorować (głowa człowieka jakoś nie uwzględnia, że ktoś może naprawdę poważnie zachorować, kiedy wszystko wydaje się okej i idealnie w dniu powszednim). Właśnie - ale prychnął. I potem była opowieść, która niby zupełnie nie pasowała do śmiania się, ale zupełnie wielkim łukiem omijała emocjonalność Caina. A przynajmniej nie dotykała jej w takim stopniu, w jakim dotykała osoby opowiadającej. Spoglądał na niego, ale zaraz spojrzał przed nich. I tak tylko zerkał, jak złodziej, który chciał skraść część Flynna dla siebie przypadkiem. Zwykły kleptoman, który nie kontroluje już swoich odruchów i wsuwa do kieszeni każdą pierdołę, nie ważne czy potrzebną czy nie, tak on mógłby wsuwać w swoje kieszenie każdą bzdurną rzecz wypowiedzianą przez czarnowłosego. Mógłby być tym wiernym partnerem, który pamięta, jaką bluzeczkę włożył latem '68, kiedy akurat... Tak. To dobrze? Źle, kiedy było za dużo rzeczy, których żałowałeś. Tak, to mogło być złe i niezdrowe dla Flynna - to dlatego czasami tak starał się oszczędzać słowa (o, Kochany, nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo...)? Omijała go ta opowieść, bo przecież On nigdy by tak nie zrobił. ONI nigdy by tak nie zrobili..! Prawda? Nie mogliby. Wpaść w tak silną pułapkę swojego mózgu, żeby pokochać i pozwolić, żeby ta miłość cię zniszczyła. Rozerwać siebie samego na kawałeczki - prędzej. Pozwolić pozbierać resztki mięśnia sercowego z ziemi, żeby uszyć z niego płaszcz - Flynn miałby na pamiątkę. A jednak teraz te żarty faktycznie wydały się nie na miejscu. O wywożeniu w las, w zestawieniu z kotami i dziele jakiegoś mugola, który... cóż. Chciałby powiedzieć, że nie ma co nad tym dumać, to tylko książka, ale nie powiedział tego, bo w zasadzie widział już w swoim życiu różne pojebane rzeczy. Na tyle różne, że doprowadziły go do zblazowania i choć nie potrafił się w pełni przyzwyczaić do koszmarów, jakie tkało życie, to płynęły lata i część człowieka się uodparniała. Więc śmiech, niepoprawność, opowieść rodem z horroru. Wszystko to zastało go pod pytaniem: czy ja mam problemy z ekspresją? Dziwny wniosek do wysnucia? Nie bardzo, skoro ciągle się zastanawiał nad tym, czy nie pokazuje wszystkiego... za mało. Za mało, za mało... a potem Fleamont go prowokował i wybuchał. Może to wszystko dało się jakoś... zdrowiej dawkować. Na pewno się dało.
- Czemu tak bardzo dotyka cię ten utwór? - Nie potrzebował nawet wkradania się do jego aury, żeby to widzieć wymalowane na jego ciele - poprawiających się palcach na kierownicy, trochęm mocniej zaciśniętych na sekundę, na twarzy, przygryzionej wardze, w spojrzeniu. Żeby słyszeć to w rozwadze, z jaką mówił, w ostrożnym artykułowaniu. Wiele elementów składało się tutaj na wniosek, że coś w tym utworze go bardzo uderza. Tylko Cain nie był wcale pewien, co.
Wyobrażenie sobie Flynna w fartuszku z węglem na patelni wystarczyłoby, żeby się zaśmiał, gdyby nie to, że teraz to on był kotem. Kotem przywiezionym do nowego miejsca, który już nie będzie machał ogonem, tylko przytrzyma go przy sobie i z wielkimi oczami będzie obwąchiwał każdy najmniejszy kąt. Wystarczyło jednak, żeby się uśmiechnął z rozbawieniem i lekko pokręcił głową. Tak, może to on powinien skończyć z patelnią w ręce, chociaż wcale nie był wybitnym kucharzem i nie raz wielką zagadkę logistyczną stanowiło jak zmieścić parówki do małego garnka, żeby ich nie łamać. Znał jednego takiego, który pomyślał o przecięciu garnka, ale z jakiegoś powodu parówek nie udało mu się ugotować tym sposobem. W każdym razie cel osiągnięty - rozbawił. A potem w dodatku rozczulił, chociaż tak, to była głupota, w życiu Caina było mnóstwo głupot, z którymi może mógłby walczyć, ale jeszcze musiałby chcieć. "Chcenie" stanowiło problematykę wielkoformatową.
Ostrożnie wszedł do środka. Bardzo ostrożnie. Tak jak zawsze Cain (przynajmniej takim się wydawał) prezentował się na całkowicie rozluźnioną osobę, tak teraz stawiał wyważone kroki, jakby nie chciał, żeby podłoga mogła zaskrzypieć pod jego ciężarem. Bardzo uważne oczy przesuwały się po elementach wyposażenia, a jego twarz nie wyrażała niczego poza skupieniem. Może nawet dwustoma procentami skupienia. Nie to, że był spięty, jakby zaraz miał uciekać. Ale to było nowe miejsce. Pełne nowych rzeczy. Przedmiotów, kolorów, zapachów, dźwięków całkowicie innych od szumu miasta, w którym zawsze tkwił. I tak jak kochał pracę, w której można się było obijać (jak czasem obchody sabatów), tak praca poza miastem, w terenie... nie. Nieee. Odpowiedź na pytanie Flynna nie pojawiła się więc od razu, był tylko pomruk z jego strony, który nie brzmiał ani na zaprzeczenie, ani na przytaknięcie. Skupienie zmieniło swoją formę - przeszło w nieudaną formę konsternacji. Cóż, przynajmniej Bletchley wyglądał jak ostatnia osoba, która traktowała to jak nudę, bo ludzie chyba z mniejszym przejęciem podchodzili do wyciągania dłoni do kraty w zoo, za którą siedział tygrys (lub jeden z pawianów Ed, Edd i Eddy).
- Hmmph... - To była druga próba wyartykułowania z siebie jakiegoś słowa i zdania, ale w końcu przynajmniej udało mu się zogniskować spojrzenie na Flynnie. - Że mam za duże zboczenie zawodowe. Jakbym był tu z kimś innym to właśnie robiłbym kółko wokół domu i zastanawiał jakich zaklęć ochronnych to miejsce potrzebuje. - I jak najsprawniej uciec stąd a tamtąd, w razie wydarzeń a), b), c) (...) i z). Postawił swoją torbę cichuutko na wolnej przestrzeni blatu. - Ale poza tym myślę, że jesteś piękny i każde miejsce z tobą jest piękne. - Nawet jeśli robił z siebie przed chwilą stracha na wróble to przysięgam - to najpiękniejszy strach, jakiego Cain widział! - Przytulnie. I... nowo. Bardzo... nowo. - Bardzo inaczej. Nie wiedział, co mógłby poza tym powiedzieć, bo w zasadzie był za bardzo skonsternowany chwilowo, ale starał się... nie zawieść brakiem odpowiedzi. - Często tu bywasz? - A może powinien zmienić pytanie na: z kim tu jeszcze bywasz? Ha... I co to za przyjaciel. I... och, cóż. Nie, nie chciał pytać.