14.03.2024, 13:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.03.2024, 13:38 przez Brenna Longbottom.)
Problem z Brenną polegał na tym, że zawstydzić ją albo zakłopotać było cholernie, cholernie trudno. Wstyd się jej robiło chyba tylko wtedy, gdy wychodziło na to, że kogoś zraniła w jakiś sposób - a na pewno nie w takich sytuacjach. Zwłaszcza, że wszystkich chłopców traktowała jako kumpli, żaden nigdy nie był nią zainteresowany i byłaby bezbrzeżnie zdumiona sugestią, że miałaby jakiegoś przytulać inaczej niż po koleżeńsku.
- Nic nie wygrałeś, dzięki sprytnemu manewrowi znalazłeś się w zasięgu moich rąk i nie odpuszczę ci tej dyni. Spłacisz ten dług w ten czy inny sposób, dynią albo własną krwią, zobaczysz - oświadczyła, tylko mocniej zaciskając palce, tak, że wyglądało na to, że jeszcze trochę i zacznie go dusić. A gdy spróbował zatkać jej usta, tak na dokładkę to zatkanego nosa, to wolną ręką postarała się odepchnąć jego łapy - raz, nos bolał i chłopak uszkadzał go jeszcze bardziej, dwa oddychanie robiło się problematyczne.
- O rozbity nos? - zdumiała się bezbrzeżnie, kiedy oświadczył, że idą do skrzydła szpitalnego. - Jakbym chodziła tam o takie obrażenia, to bym w ogóle ze skrzydła szpitalnego nie wychodziła! Poza tym za godzinę pierwsze roczniki zaczną kończyć lekcje, a Pokój Wspólny jest tragicznie nieudekorowany.
Brenna miewała skłonności do wdawania się w bójki. Teraz mniejsze, bo trochę wyrosła i była prefektem, ale ciągle się zdarzało. Miewała też ciągoty do wycieczek do Zakazanego Lasu i wchodzenia na wysoko położone miejsca, do ganiania po błoniach, do poruszania się po schodach wyłącznie biegiem... i tak dalej. W efekcie jej nos nie pierwszy raz oberwał, a to było i tak nic przy ilości siniaków i zadrapań, jakie regularnie znajdowały się na kolanach i dłoniach Gryfonki. Nie zwracała na nie zwykle uwagi, a jak były widoczne, stosowała maść i plastry.
– Sama to potem ogarnę, ale teraz są pilniejsze sprawy, czyli d y n i e. Zaraz Noc Duchów, a ty mi o jakichś ziemniaczkach.
- Nic nie wygrałeś, dzięki sprytnemu manewrowi znalazłeś się w zasięgu moich rąk i nie odpuszczę ci tej dyni. Spłacisz ten dług w ten czy inny sposób, dynią albo własną krwią, zobaczysz - oświadczyła, tylko mocniej zaciskając palce, tak, że wyglądało na to, że jeszcze trochę i zacznie go dusić. A gdy spróbował zatkać jej usta, tak na dokładkę to zatkanego nosa, to wolną ręką postarała się odepchnąć jego łapy - raz, nos bolał i chłopak uszkadzał go jeszcze bardziej, dwa oddychanie robiło się problematyczne.
- O rozbity nos? - zdumiała się bezbrzeżnie, kiedy oświadczył, że idą do skrzydła szpitalnego. - Jakbym chodziła tam o takie obrażenia, to bym w ogóle ze skrzydła szpitalnego nie wychodziła! Poza tym za godzinę pierwsze roczniki zaczną kończyć lekcje, a Pokój Wspólny jest tragicznie nieudekorowany.
Brenna miewała skłonności do wdawania się w bójki. Teraz mniejsze, bo trochę wyrosła i była prefektem, ale ciągle się zdarzało. Miewała też ciągoty do wycieczek do Zakazanego Lasu i wchodzenia na wysoko położone miejsca, do ganiania po błoniach, do poruszania się po schodach wyłącznie biegiem... i tak dalej. W efekcie jej nos nie pierwszy raz oberwał, a to było i tak nic przy ilości siniaków i zadrapań, jakie regularnie znajdowały się na kolanach i dłoniach Gryfonki. Nie zwracała na nie zwykle uwagi, a jak były widoczne, stosowała maść i plastry.
– Sama to potem ogarnę, ale teraz są pilniejsze sprawy, czyli d y n i e. Zaraz Noc Duchów, a ty mi o jakichś ziemniaczkach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.