14.03.2024, 15:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.03.2024, 15:20 przez Samuel McGonagall.)
Cmoknął językiem o zęby, nie patrząc na Neila a przed siebie w szumiący las. Korony drzew coraz gwałtowniej szarpały się na boki, w powietrzu było czuć ozonem i wilgocią. Zmiana frontu. Samuel, choć to knieja zagościła w jego żyłach, wzbudzając w powietrze kolczaste pnącza przy nadwyżkach emocjonalnych, lubił burzę, świeżość którą ze sobą niosła, życiodajną wodę i los, ślepy los błyskawicy, który potrafił odebrać życie najwspanialszym drzewom, mającym przed sobą setki lat.
Burza uczyła pokory.
– Kiepskie to zapomnienie, skoro tu jesteś z brzękającym plecakiem. – zauważył tak celnie jak bezczelnie. On nigdy nie miał takiej potrzeby po spotkaniu z Lysandrem. Nawet nie żałował pracy, którą odkładał na bok, odpocznienie, które otrzymywał w zamian, było wart więcej niż kilka wyheblowanych desek więcej. – To, co powiesz na ten cydr, zajmiesz czymś ręce, poznasz ludzi, pośmiejesz się, pośpiewasz. Często Cię widać ostatnio w Dolinie, mieszkasz w ogóle gdzieś niedaleko? – dopytywał, bo na co kogo ściągać na cydrową robotę, skoro np. był tu tylko w gościnie na kilka dni. – Albo chociaż pomożesz w pracy konceptualnej, bo ja.. hmm... znam się troche na wszystkim, trochę na niczym, znam punkt wyjścia, florę, faunę, ale warzenie eliksirów... bimber wiadomo, to nie jest aż tak trudne. Jeno go nie piłem, a do odkażania służył prędzej. A tu jest taka myśl, żeby to były cydry magiczne. Może jakieś drożdże? Może owoce, po których człowiek unosi się nad ziemią, czy iskrzy. Te drinki u Bee mnie mocno zainspirowały. To zawsze zabawa, kiedy pijesz coś i jakoś wtedy magicznie coś z nim dzieje. Nic groźnego oczywiście, ale... – uśmiechnął się lekko sam do siebie. Lewitujący Erik, to było jedno z najmilszych potańcówkowych wspomnień.
– Praca pomaga.– skwitował oddając butelkę.
Burza uczyła pokory.
– Kiepskie to zapomnienie, skoro tu jesteś z brzękającym plecakiem. – zauważył tak celnie jak bezczelnie. On nigdy nie miał takiej potrzeby po spotkaniu z Lysandrem. Nawet nie żałował pracy, którą odkładał na bok, odpocznienie, które otrzymywał w zamian, było wart więcej niż kilka wyheblowanych desek więcej. – To, co powiesz na ten cydr, zajmiesz czymś ręce, poznasz ludzi, pośmiejesz się, pośpiewasz. Często Cię widać ostatnio w Dolinie, mieszkasz w ogóle gdzieś niedaleko? – dopytywał, bo na co kogo ściągać na cydrową robotę, skoro np. był tu tylko w gościnie na kilka dni. – Albo chociaż pomożesz w pracy konceptualnej, bo ja.. hmm... znam się troche na wszystkim, trochę na niczym, znam punkt wyjścia, florę, faunę, ale warzenie eliksirów... bimber wiadomo, to nie jest aż tak trudne. Jeno go nie piłem, a do odkażania służył prędzej. A tu jest taka myśl, żeby to były cydry magiczne. Może jakieś drożdże? Może owoce, po których człowiek unosi się nad ziemią, czy iskrzy. Te drinki u Bee mnie mocno zainspirowały. To zawsze zabawa, kiedy pijesz coś i jakoś wtedy magicznie coś z nim dzieje. Nic groźnego oczywiście, ale... – uśmiechnął się lekko sam do siebie. Lewitujący Erik, to było jedno z najmilszych potańcówkowych wspomnień.
– Praca pomaga.– skwitował oddając butelkę.