14.03.2024, 16:53 ✶
To było takie proste, jak oddech wzięty o poranku na moment po przebudzeniu. Tak proste jak wgryzienie się w świeżo upieczony chleb. Tak proste jak uśmiech na widok zachwyconego podarkiem dziecka.
Jeszcze moment temu skłóceni, poranieni przeszłością, niewypowiedzianymi słowami. Jeszcze moment temu byli dla siebie okruchem z lustra utkwionym w oczach. Lecz teraz, oboje mokrzy od zimnej jeziornej wody, obmyci otchłanią pod sklepieniem umierających gwiazd, oboje zapłakani, pochyleni nie nad własnym cierpieniem i osamotnieniem, a nad sobą nawzajem.
Niegdyś wmawiał sobie, że każdy dotyk smakuje tak samo, lecz w chwili gdy dotknęła, jego policzka wiedział, że nikt nigdy nie dotykał go tak jak Nora. Odwrócił głowę, oczy wciąż mając skąpane we łzach przerażenia zmieszanego z ulgą, tylko po to, by ucałować jej delikatne opuszki. I niżej, by ucałować zwinne nadgarstki, z których wyrastały jej uzdolnione dłonie. Trzymał ją przy piersi cały czas z taką samą mocą, jakby lękał się, że jeśli tylko poluzuje chwyt, to ona zniknie lub on się obudzi. Zbyt często śniło mu się jezioro i zapach umiłowanego ciała, tak blisko, tuż przy sercu. Zbyt rzadko wspominał o tym na jawie, uciekając w rutynę pracy i strzeżenia Kniei.
Już nic nie mówił więcej, w swoim zwyczaju, powiedział wszystko, co miało zostać powiedziane. Chroniła ich noc swoim płaszczem, magiczna noc oddzielająca ich tak skutecznie od prozy życia, zmartwień i kłamstw, które szeptali sami sobie każdego dnia. Nie powinien, a jednak nie mógł jej wypuścić. Serce wciąż waliło jak oszalałe, boleśnie dając mu do zrozumienia jak stęsknione było za znajomym rytmem. Język aż zadrgał nerwowo na podniebieniu, znów słowa zostań, znów tęskniłem, znów... czy to jednak miłość nie padły, pozostawiając ich w zawieszeniu niewiary, że oto znów są razem, jakby czas dla nich nie istniał, jakby jezioro wypluło ich na piaszczysty brzeg osiem lat temu, gdy każda ze spadających gwiazd mogła oznaczać coraz zuchwalsze marzenie.
Zapatrzony, zapodziany, ucałował jej nagie, chłodne przedramię. Łagodnie jak złamane łabędzie skrzydło dotknął niewieściej ręki, by wyprostować ją i złożyć kolejny pocałunek dziękczynny na zagłębieniu łokcia.
– Jest ci zimno... – stwierdził bardziej, okalając ciepłym oddechem białą skórę, pełen troski i odurzenia jej istnieniem.
Jeszcze moment temu skłóceni, poranieni przeszłością, niewypowiedzianymi słowami. Jeszcze moment temu byli dla siebie okruchem z lustra utkwionym w oczach. Lecz teraz, oboje mokrzy od zimnej jeziornej wody, obmyci otchłanią pod sklepieniem umierających gwiazd, oboje zapłakani, pochyleni nie nad własnym cierpieniem i osamotnieniem, a nad sobą nawzajem.
Niegdyś wmawiał sobie, że każdy dotyk smakuje tak samo, lecz w chwili gdy dotknęła, jego policzka wiedział, że nikt nigdy nie dotykał go tak jak Nora. Odwrócił głowę, oczy wciąż mając skąpane we łzach przerażenia zmieszanego z ulgą, tylko po to, by ucałować jej delikatne opuszki. I niżej, by ucałować zwinne nadgarstki, z których wyrastały jej uzdolnione dłonie. Trzymał ją przy piersi cały czas z taką samą mocą, jakby lękał się, że jeśli tylko poluzuje chwyt, to ona zniknie lub on się obudzi. Zbyt często śniło mu się jezioro i zapach umiłowanego ciała, tak blisko, tuż przy sercu. Zbyt rzadko wspominał o tym na jawie, uciekając w rutynę pracy i strzeżenia Kniei.
Już nic nie mówił więcej, w swoim zwyczaju, powiedział wszystko, co miało zostać powiedziane. Chroniła ich noc swoim płaszczem, magiczna noc oddzielająca ich tak skutecznie od prozy życia, zmartwień i kłamstw, które szeptali sami sobie każdego dnia. Nie powinien, a jednak nie mógł jej wypuścić. Serce wciąż waliło jak oszalałe, boleśnie dając mu do zrozumienia jak stęsknione było za znajomym rytmem. Język aż zadrgał nerwowo na podniebieniu, znów słowa zostań, znów tęskniłem, znów... czy to jednak miłość nie padły, pozostawiając ich w zawieszeniu niewiary, że oto znów są razem, jakby czas dla nich nie istniał, jakby jezioro wypluło ich na piaszczysty brzeg osiem lat temu, gdy każda ze spadających gwiazd mogła oznaczać coraz zuchwalsze marzenie.
Zapatrzony, zapodziany, ucałował jej nagie, chłodne przedramię. Łagodnie jak złamane łabędzie skrzydło dotknął niewieściej ręki, by wyprostować ją i złożyć kolejny pocałunek dziękczynny na zagłębieniu łokcia.
– Jest ci zimno... – stwierdził bardziej, okalając ciepłym oddechem białą skórę, pełen troski i odurzenia jej istnieniem.