14.03.2024, 20:09 ✶
- Jestem bardzo miła, przynajmniej póki ktoś nie próbuje przeprowadzać dyniowych zamachów. Dynie i Noc Duchów to poważna sprawa - zaprotestowała Brenna, jakby wcale nie szarpała go właśnie za kołnierz. Ale nie to, że naprawdę zamierzała się z nim bić: nierzadko odruchowo używała pieści zamiast czarów, powody ku temu jednak musiały być nieco poważniejsze niż rozwalona dynia.
Że jest słodka już za to nie próbowała udowadniać. Tego nie powiedziałby o Brennie nawet rodzona matka, a Elise przecież szczerze kochała swoje dzieci.
Gryfonka wywinęła dłoń z jego uścisku, a potem dźwignęła się na nogi, szukając w kieszeni chusteczki.
- Rozważałam czy nie wystąpić podczas Nocy Duchów jako leśna wiedźma, więc może faktycznie wykorzystam tę krew jako rekwizyt? - zastanowiła się na głos, w ogóle nieobrażona, że chcą tutaj robić z niej upiorną dekorację. Takim tonem, jakby naprawdę brała to pod uwagę. Otarła jednak krew, rozmazaną i po nosie (który bolał okropnie), i po ustach, i po podbródku. - W dwóch zdaniach? Ty tłamsisz moją artystyczną duszę i niezależność, każąc opowiadać o tak poważnych sprawach w krótkich słowach… Ale najpierw to trzeba wyciągnąć spod stołu tę, którą kopnąłeś i posprzątać tę, która zginęła śmiercią tragiczną... - westchnęła Brenna, smutnym spojrzeniem obrzucając tę dynię, która została stratowana przez chłopaka. A tak pięknie prezentowałaby się przy schodach wiodących do dormitoriów dziewcząt! - Dobrze, uznajmy remis, w końcu znokautowała mnie książka należąca do ciebie... zaraz, pierwsza w życiu? - spytała ze szczerym zdumieniem i aż zamarła w pół ruchu: a chciała właśnie odłożyć tę podstępną, ciężką książkę, która tak ją urządziła, na najbliższy stolik. To tak się dało? Żadnej walki aż do siódmego roku?
Brenna pokręciła jeszcze głową z niedowierzaniem, po czym walnęła podręcznik o blat i pochyliła się, by zgarnąć jedną z dyń.
– Ta pierwsza z lewej, z tym upiornym grymasem i błękitnymi światłami w środku, jest do waszej sypialni. Tak koło łóżka Erika, żeby się na niego patrzyła – oświadczyła, przenosząc dynię w pobliże schodów, wiodących do pokoi dziewczyn. Na blatach już kilka dyń stało, na gzymsie też zakończyła swoje dzieło, pozostawało tylko ustawić resztę przy stopniach i na parapetach.
Że jest słodka już za to nie próbowała udowadniać. Tego nie powiedziałby o Brennie nawet rodzona matka, a Elise przecież szczerze kochała swoje dzieci.
Gryfonka wywinęła dłoń z jego uścisku, a potem dźwignęła się na nogi, szukając w kieszeni chusteczki.
- Rozważałam czy nie wystąpić podczas Nocy Duchów jako leśna wiedźma, więc może faktycznie wykorzystam tę krew jako rekwizyt? - zastanowiła się na głos, w ogóle nieobrażona, że chcą tutaj robić z niej upiorną dekorację. Takim tonem, jakby naprawdę brała to pod uwagę. Otarła jednak krew, rozmazaną i po nosie (który bolał okropnie), i po ustach, i po podbródku. - W dwóch zdaniach? Ty tłamsisz moją artystyczną duszę i niezależność, każąc opowiadać o tak poważnych sprawach w krótkich słowach… Ale najpierw to trzeba wyciągnąć spod stołu tę, którą kopnąłeś i posprzątać tę, która zginęła śmiercią tragiczną... - westchnęła Brenna, smutnym spojrzeniem obrzucając tę dynię, która została stratowana przez chłopaka. A tak pięknie prezentowałaby się przy schodach wiodących do dormitoriów dziewcząt! - Dobrze, uznajmy remis, w końcu znokautowała mnie książka należąca do ciebie... zaraz, pierwsza w życiu? - spytała ze szczerym zdumieniem i aż zamarła w pół ruchu: a chciała właśnie odłożyć tę podstępną, ciężką książkę, która tak ją urządziła, na najbliższy stolik. To tak się dało? Żadnej walki aż do siódmego roku?
Brenna pokręciła jeszcze głową z niedowierzaniem, po czym walnęła podręcznik o blat i pochyliła się, by zgarnąć jedną z dyń.
– Ta pierwsza z lewej, z tym upiornym grymasem i błękitnymi światłami w środku, jest do waszej sypialni. Tak koło łóżka Erika, żeby się na niego patrzyła – oświadczyła, przenosząc dynię w pobliże schodów, wiodących do pokoi dziewczyn. Na blatach już kilka dyń stało, na gzymsie też zakończyła swoje dzieło, pozostawało tylko ustawić resztę przy stopniach i na parapetach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.